Dienstag, 29. September 2009

Praca i ostatnie dni

Przez kilka dni nie dawałam znaku życia, więc czas nadrobić zaległości. Zeszły piątek był dniem sukcesów. Ale po kolei. Trudno się umawiac z Portugalczykami. Nie potwierdzają spotkania, nie podają konkretnej godziny ale w efekcie końcowym zawsze się zjawiają. My jednak przyjmujemy postawę niewiernego Tomasza i nie wierzymy, póki nie zobaczymy. Tak było z naszym zepsutym piecykiem gazowym. Niejaki Pedro próbował kilka razy naprawić owo ccudo portugalskiej techniki, konsultując się z niejakim Carlosem. Jako że nasz portugalski, nawet wzięty do kupy, nie wystarczał na zrozumienie ich dyskusji, wiedzieliśmy jedynie, że naprawią, ale nie ma części i tyle. Tak więc czekaliśmy na Carlosa jak na zbawienie. W piątek Carlos przybył, z tajemniczą częścią. I naprawił. Podczas gdy Carlos walczył z piecykiem, podjechała cieżarówka. To był efekt naszego zamówienia, złoźonego jakieś półtora tygodnia wcześniej. Pojechaliśmy zamówić drewno. Na wielkiej działce zawalonej drewnem zastaliśmy jedynie panią w średnim wieku, władającą tylko portugalskim. Skoncentrowałam się i uźyłam całej mojej wiedzy, by z nią się dogadać. Zamówiliśmy drewno do kominka i ustaliliśmy, źe dostawa w październiku to zdecydowanie za późno, bo 2. przecież wyjeżdżamy. Pani dokonała notatek i zrozumieliśmy, że ktoś do nas zadzwoni. Faktycznie w czwartek wieczorem ktoś dzwonił, czego nie słyszeliśmy. Za to w piątek nadjechała wyźej wymieniona cieżarówka załadowana do pełna drewnem dębowym. To nie było wszystko! Okazało się, źe to jedynie część z zamówionych 10 m3. Trochę wystraszyliśmy się czy nasza szopka pomieści te ilości, a M. zaraz zabrał się za rąbanie swoją nową fińska siekierą. Sobota była troszkę chłodniejsza i pochmurna - idealny dzień na rąbanie i układanie drewna. Skończyliśmy w niedzielę, zapełniając całą szopkę. A potem wybraliśmy się na plażę. Po drodze zmieniliśmy plany, chcąc wypróbować jedną z wielu nieutrwadzonych dróg na wybrzeżu. Nieźle się wytrzęśliśmy, ale dojechaliśmy tam, dokąd planowaliśmy! Szkoda, źe nie mamy samochodu z napędem na cztery koła, moglibyśmy zaspokoić naszą ciekawość i przejechać niezliczone drogi w porastających wybrzeże lasach i krzewach. Dla mnie ten dzień okazał się zbyt męczący i od niedzieli właściwie tylko leżę. Wystraszyłam się, że Junior, mimo źe bezimienny, wcześniej wybierze się na świat. Zwłasazcza, że noce są bardzo ciężkie i juz tęsknie za łóżkiem wodnym. W normalnym łóźku nie jestem w stanie znaleźć ani jednej pozycji, w której jestem w stanie leźeć, a samo zmienianie pozycji to koszmar.
M. pracuje nadal - maluje, buduje, podłącza. A my wczoraj wykąpałyśmy się w oceanie. Prawie Czterolatka szaleje niewyobrażalnie, nie przeszkadzają jej fale, zalewające twarz ani słona woda. W basenie też próbuje ćwiczyc samodzielne plywanie, ale tutaj trudno przełamac jej lęk. I dobrze, źe wczoraj się wykąpałyśmy, bo dziś jest pochmurno (choć nie zimno) a właśnie mieliśmy sporą burzę z ulewą. Deszcz się przyda, nie narzekamy.
Trudno uwierzyć, źe zostało nam jeszcze kilka dni do powrotu. Trudno będzie się nam przestawić na jesienną aurę, ale ja chyba będę spokojniejsza w domu.

Mittwoch, 23. September 2009

Odwiedziny i upał

W poniedziałek przyleciała do Faro nasza niania-cud czyli moja kuzynka i mama chrzestna Prawie Czterolatki. B. przyleciała do Faro ze sporym opóźnieniem,
jej pobyt na lotnisku w Luton się nieco przedłużył, bo podobno nie doleciał pilot? Jego dziewczyna miała wypadek?! Zastanawiamy się czy to kolejna wyszukana wymówka izidżeta? Nieistotne, B. przyleciała. A my w drodze po nią znów załatwialiśmy sprawunki w markecie budowlanym. Czy to kiedyś się skonczy? Podczas gdy M. poszukiwał kolejnych rur i innych śrubek, ja zatsanawiałam się czy istnieje możliwość przedziurawainia brzucha? Niezwykle ruchliwy Junior przechodzi samego siebie do tego stopnia, że zaczynam się zastanawiać czy nie obkleić brzucha taśmą. Bo że on nigdy nie śpi, to jestem pewna.
Lotnisko w Faro położone jest u skraju Rii Formosy - tworzącej ogromną deltę, przypominającą podczas odpływu Everglades. Do plaży można dotrzeć dopiero po przejechaniu mostu nad ową rzeką. Wtedy dopiero dociera się do wąskiego pasa lądu dzielącego rzekę od morza. Bezkresna piaszczysta plaża ciągnie się jak okiem sięgnąć. Tak więc B. w pół godziny po wylądowaniu moczyła nogi w oceanie.
Prawie Czterolatka przeżyła eksplozję szczęścia. Mama i tata się nie liczą. Bawi się z B., je obok B., śpi z B. Rodzice się cieszą:) Miejmy nadzieję, że B. również. Wczoraj upłynęło na kreatywnych zabawach z B. - malowanie akwarelami i kredą, nawlekanie korali, kąpiele w basenie, budowanie z piasku itd. Ukoronowaniem dnia była krótka wycieczka na naszą plażę zakończona kąpielą w wielkich falach oceanu. Oczywiście nieplanowaną. Ale Prawie Czterolatka była tak zachwycona, że nawet jej mokra twarz nie przeszkadzała. Dziś właśnie też plażuje z B., a jak korzystam ze spokoju i nadrabiam zaległości domowo-komputerowe. A M.? Montuje nowe lampy, maluje deski, naprawia jakieś nieznane mi urządzenia.....
Miało być jeszcze o upale - dziś kolejny bezchmurny dzień. Termometr wskazuje 30 st., a ja siedzę w chłodnej kuchni i mi bardzo przyjemnie - przezornie założyłam tylko bikini. Na dworze nie da się wytrzymać:)

Sonntag, 20. September 2009

Skorpion, izolacja i brak chmur

Wczoraj znów spędziliśmy niemal cały dzień na zakupach. M. ciągle kupuje jakieś rurki, śruby, pędzle i inne cuda. Kiedy on to wszystko zdąży zainstalować? Na razie w ciągu dwóch popołudni założył izolację na dachu. Okropna robota, cieszę się, że moja działka polegała na opiece nad Prawie Czterolatką. Która, nota bene, koniecznie musiała wejść na dach a nawet w przestrzeń między dachówkami a stropem. Ale teraz wieBlocksatz, jak tam wygląda.
Pracy w ogrodzie też sporo, trochę próbowałam pomóc M. w wyrywaniu chwastów, ale niestety nie skończyło się dla mnie najlepiej, więc znów leżę na leżaku i denerwuję się, że nic nie mogę robić.
Gdy nie leżę, nieustannie podejmuje próby zrobienia czegokolwiek i taki tylko z tego pożytek, że znalazłam skorpiona. Tuż przed wejściem z tarasu do pokoju dziennego. Na szczęście nieżywego. Ale świeżo nieżywego. Stałam się trochę bardziej podejrzliwa. Jako że nie pasują mi już żadne buty, nawet crocsy nie bardzo, chodzę ciągle boso. Hmm....
Brak chmur mieliśmy dziś, absolutnie turkusowe, bezchmurne niebo. I lekki chłodnawy wietrzyk. Świetna pogoda. Podczas gdy M. i Prawie Czterolatka korzystali z wielgachnego odpływu i zwiedzali niedostępne normalnie plaże, wreszcie zaczęłam przerabiać dale kurs portugalskiego, który wzięliśmy ze sobą.
Tylko jedna sprawa stoi w miejscu, jak stała - obawiam się, że nasz syn albo zostanie bezimmienny albo dostanie jakiekolwiek imię, by mu tego losu zaoszczędzić.

Mittwoch, 16. September 2009

Codzienność

Ale dziś upalnie! Słonko mocno grzeje, 28 stopni wygoniło nas do domu, żeby odsapnąć. Za to wczoraj mieliśmy trochę chmur. Ale to nie przeszkadza Prawie Czterolatce moczyć się ciągle w basenie. Pływa w pływaczkach ale podejrzewamy, że niebawem się przełamie i zacznie sama pływać. Kilka dni temu, jak zwykle z tatą zrolowała folię pokrywającą basen, przebrała się w strój i pomaszerowała pod prysznic. Potem jak zwykle po schodkach szybciutko do wody i płynie. TYLKO źe zapomniała o pływaczkach. Przewrażliwiona mama spytała gdzie ma pływaczki i wtedy Prawie Czterolatka zreflektowała się i przestała pływać. A widać było że sobie radzi.
Wczoraj nadeszła paczka, wysłana przez nas dzien przed odlotem. Z wielkiego kartonu zrobiliśmy domek a Prawie Czterolatka ozdabia go farbkami. Z moją pomocą naturalnie. Robimy zadania, chodzimy na spacery, huśtamy się ale bardzo przydałoby się Prawie Czterolatce towarzystwo, najlepiej siostra bliźniaczka. Tylko skąd ją wziąć?

Montag, 14. September 2009

Z przygodami

Dziś mieliśmy, przynajmniej da, dość męczący dzień. Mieliśmy do załatwienia sporo pilnych sprawunków do domu więc wybraliśmy się wszyscy razem - jakoś nie miałam ochoty na samotny dzień z Prawie Czterolatką - taka opcja mogła być jeszcze bardziej wykańczająca.
Tak więc spakowaliśmy się i ruszyliśmy, dla odmiany przez góry. Prawie Czterolatka zaczęła narzekać na gardło. Uznałam, że z udów symuluje i niepedagogicznie zaproponowałam żelka. Zrezygnowała. I w tym momencie powinnam się zastanowić ale zbyt byliśmy zagłębieni w dyskusji o imieniu dla Juniora. Wtedy Prawie Czteroaltka delikatnie zasugerowała, że musi wymiotować. Od razu włączyłam myślenie awaryjno-rozkazowe: zatrzymaj się, wysiądź, wyjmij Prawie Czterolatkę, trzymaj ją. Patrząc na nich chciałam szybko (o ile to w moim wydaniu w ogóle możliwe) wyskoczyć z auta, naturalnie boso (zakladanie butów od dawna nie nalezy do łatwych czynności) i stanęła na jedyny w okolicy bardzo ciernisty krzak. Tak więc Prawie Czterolatka wymiotowała, M. ją trzymał a ja stałam na jednej nodze, z drugiej zwisał mi ów krzak. Mało nie wybuchnęłam śmiechem, mimo że bolało jak nie wiem. Potem stwierdziliśmy, że nie mamy ani chusteczek, ani wody. Tak więc poświęciliśmy kapelusz Prawie Czterolatki (o zgrozo) a ja manualnie wyciąhałam jakieś dwadzieścia cierni ze stopy.
Reszta wycieczki była spokojniejsza. Zaliczyliśmy tylko wielką burzę z oberwaniem chmury i zalanie supermarektu, w którym własnie byliśmy. A naa podsumowanie dnia Prawie Czterolatka dostala niesamowicie żarówiasty, kiczowaty różowy rower, który na pewno nie przeszedłby ani jednego niemieckiego testu ale radość Prawie Czterolatki - bezcenna! Najpiękniejsze sa wściekłoróźowe frędzle zwisające z kierownicy. W domu, mimo chłodu i zapadającego zmierzchu, Prawie Czterolatka musiała objechać okolicę, a biedny M. pędzić za nią. Nie będę pisać, kto był bardziej zmachany:)
W portugalskim zaliczyłam niewielkie postępy - jednak już nie staram się wszędzie mówić w tym języku, bo Portugalczyki przechodzą płynnie na ojczysty a ja jednak mam "niewielkie" problemy ze zrozumieniem odpowiedzi:)

Sonntag, 13. September 2009

Nic nowego:)

Dni szybko mijają - nie nudzimy się nic a nic. Wczoraj byliśmy na naszej najbliższej plaży Monte Clerigo - Prawie Czterolatka była przeszczęśliwa. Nie wychodziła z oceanu, wspinała się po skałach i biegała w kałużach jakie tworzył odpływ. Jesienny ocean jest dość ciepły, więc korzystamy z kąpieli. Nasz basen też ciepły, przy wczorajszych 28 stopniach nawet ja się skusiłam:)
Im więcej leżę i faktycznie nie nie robię, tym lepiej się czuję. Noce niezmiennie ciężkie, ale na nie nie ma rady. Czasem jednak tylko odpoczywac się nie da, zresztą muszę oszczędzać książki, bo już czytam trzecią:)
Czekam na nadejście naszej paczki, najpewnie jutro, nadejdzie więcej roboty remontowo-urządzeniowej. Na razie M. walczy z nowym stołem i krzesłami - krzesła już gotowe i wyglądają pięknie.
Przesyłam mnóstwo portugalskiego słonka:)

Freitag, 11. September 2009

W Portugalii

Przedwczoraj do naszej Portugalii:) Choć lot całkiem miły nie był. Problemy trafiły nas na lotnisku. Zaraz zk okienku pani uznała, że w takiej wysokiej ciąży nie mogę latać i nie interesują ją warunki przewoźnika. Dyskusja bezcelowa, bo się trzebwa wszędzie informować a nie tylko w liniach lotniczych, którymi się leci!!??!! Na koniec dostałam jeszcze ochrzan, że to ja byłamm nieuprzejma i że ona przecież nie miała zamiaru mnie nie wpuścić na pokład! Dla mnie szczyt bezczelności, że d, że zepsuła mi dzień i dotąd jest zdenerowana gdy pomyślę o locie powrotnym...przecież to dopiero za 3 tygodnie!
Ale na szczęście dolecieliśmy szczęśliwie i bez komplikacji. Gdy wreszcie dotarliśmy do naszego doomu, Prawie Czterolatka już kwiczała z radości i mimo wieczoru wpakowała się z tatą do basenu. My też z resztą byliśmy bardzo podniecieni - od razu sprawdziliśmy czy urosły roślinki, co się zmieniło, czy nasz nowy stół i krzesła faktycznie tak ładne, jak wydawały się być w internecie itd., itp. Poszliśmy wszyscy spać bardzo późno.
Wczoraj jeszcze nie było czasu na odpoczynek - zakupy, urządzanie, M. zaczął już malować nowe krzesła. Byłam zmęczona a M. chyba dopiero całkiem z bliska zobaczył jaka jestem nieruchliwa i obolała. Dziś zarządził dla mnie dzień leżący, po tym jak zobaczył, że zwijam się bólu nawet przy kichaniu;) Więc skorzystałam, podczas gdy Prawie Czterolatka z tatą szaleli na plaży, grzałam miejsce na leżaku i przeczytałam pierwszą książkę. Tym razem nie będę więc zamieszczać opisow krajoznawczych, bo na pewno zwiedzać nie będziemy - z resztą zwiedzanie oznaczałoby dalsze podróźe, bo najbliższe otoczenie już znamy.
Za to zbieramy kolejne spostrzeżenia kulturowe. Ja przede wszystkim językowe - czytam każdy szyld, staram się zapamiętywac nowe słówka i rozpoznawac już znane, słucham intensywnie radia, starając się nie załamać tym, że niewiele rozumiem no i mam zamiar kontynuować naukę.
A pierwsze spostrzeżnie kulturowe to specjalne miejsca parkingowe pod sklepami dla kobiet w ciąży! Aż dziw, że dotąd ich nie zauwazyliśmy, teraz za to skrzętnie korzystamy!
Prawie czterolatka tryska pełnią szczęscia - korzysta z wody niemal cały czas i eksplatuje nas pytaniami. Dziś głównie tatę choć i ja miałam okazję na analizowanie celu wykopalisk archeologicznych. Najwięcej problemów storzyło mi opisanie świata dawno temu - szczególnie domy zainteresowały naszą ciekawską córkę. Nie było lekko. Ale jeszcze trudniej było wytłumaczyć celowość istnienia cmentarzy - przeszłyśmy na śliski teren śmierci, faktu konieczności pogrzebania ciała (kremacji specjalnie nie poruyszłam) i jeego rozkładu. Niestety Prawie Czterolatka przypomniała sobie, że kiedyś tłumaczyłam, że po śmierci wszyscy ida do nieba. Kłamstwo jednak nie popłaca, bo jakbym jej teraz nie tłumaczyła faktu istenia duszy i ciała, za każdym razem bezradnie na mnie spoglądała kwitując, źe nie rozumie.
C.d.n.