Donnerstag, 18. Februar 2016

Jak przetrwać zimę w Portugalii?

Pewnie zastanawiacie się jak przetrwać zimę w Portugalii? Powiem wam szczerze, łatwo nie jest, ale postaram się wam dać kilka wskazówek i rad. Koniecznie należy:

1. Polubić kolor zielony. 

Suche trawsko, chwasty i chaszcze, które pokrywają wszystkie algarviańskie łąki zamieniają się po pierwszych deszczach, przeważnie koło listopada, w zielony dywan. Zieleń czyha za każdym rogiem, by zaatakować oczy. Zielone drzewa, zielone krzewy, zielona trawa. Żeby nie było nudno, po pierwszych jesiennych deszczach zaczyna się rozpleniać Oxalis pes-caprae. Ten gatunek koniczyny dotarł na Półwysep Iberyjski z Republiki Południowej Afryki i rośnie wszędzie. Tym sposobem wszechobecna zieleń nabiera żółtych kropek. Przetrwa ć inwazję zieleni pomagają też owocujące na potęgę pomarańcze i kwitnące migdałowce. W lutym zaczynają kwitnąć mimozy, które ja nazywam portugalskimi forsycjami, a poza tym, jak pisałam, zieleń :P

Kwitnący migdałowiec i ta okropna zieleń, styczeń 2016

Oxalis na pierwszym planie, styczeń 2015

Luty 2015 i jak zwykle Oxalis

Mimozy, luty 2015

2. Zmusić się do chodzenia na plażę.

Chodzenie na plażę zimą to jak wyprawa na pustkowie. Żywego ducha człowiek nie wypatrzy, tylko fale, piasek, skały, szum morza. Nuda, mówię wam :P

Styczeń 2016

Styczeń 2015

3. Zrezygnować z szykownych kozaczków, rękawiczek i czapek.

Oczywiście można biegać w kozaczkach, Portugalki przy plus dziesięć wskakują w kozaki, zawijają się szczelnie w szale, a co ambitniejsze wpychają dzieci w puchówki. W Aldiku szaliczki i ocieplane kapciuchy schodzą na pniu ale moje dzieci i tak wolą crocsy. Jeśli jednak uwielbiacie chodzić w kozakach i kalesonkach to będzie wam trudno przetrwać zimę w Algarve.

4. Pokochać wiatr.

W najbardziej wysuniętym na południowy-zachód kawałku Europy zawsze wieje. Czasem wieje leciutko, czasem powiewa, a czasem mamy huragan, po którym ściągamy z dachu masywny parasol przeciwsłoneczny, a niektórych sprzętów szukamy u sąsiada. Jeśli więc nie tolerujecie wiatru, to nie dla was portugalska zima (i lato).

Wieje, a za murem już tylko Ameryka, Sagres, luty 2015

5. Przyzwyczaić się do okularów słonecznych.

Bez okularów słonecznych nie wychodzę z domu, nawet jak jest pochmurno. Ciągle jest jasno, bardzo jasno, a jak wyjdzie słońce za jasno. Okulary słoneczne są dla mnie nieodzowne. 

6. Pokochać wełniane skarpety.

Tak, serio. Portugalczycy rzadko mają ogrzewanie centralne, za to mają nieizolowane domy i niemal ciągle stuprocentową wilgotność powietrza. W takim domu dogrzewają się kominkiem albo grzejnikami. Domyślacie się jak jest w środku? Powietrze często zatęchłe, po kątach grzyb i jest potwornie zimno. Ten rodzaj zimna, który włazi przez nogi prosto w kości. Nigdy w życiu tak nie marzłam w domu, jak w Portugalii. Przyzwyczajeni do 22 stopni w domu goście z dalekiej północy lub wschodu, dostają szoku termicznego :) Ale nie martwcie się, my mamy centralne ogrzewanie i nie marzniemy :)

7. Znielubić śnieg.

Kochacie białe szaleństwo, bitwy na śnieżki, lepienie bałwana, zakładanie bielizny termicznej, rękawiczek, szalików, czapek, nauszników, kalesonów itp., itd.? No to zapomnijcie o Portugalii. Najbliższy śnieg mamy w Sierra Nevada w Hiszpanii lub w Serra da Estrella na północy Portugalii.

I jak się wam podoba taka zima? 

Ten wpis powstał w ramach projektu Klubu Polek na Obczyźnie.
Chcecie się dowiedzieć co inne Polki piszą o zimie w swoich krajach? Zapraszam was tutaj!

Samstag, 19. Dezember 2015

Boże Narodzenie po portugalsku

Poniższy post napisałam w związku ze współpracą z Klubem Polki na Obczyźnie. Jest on częścią Klubowego Kalendarza Adwentowego, gdzie każdego dnia Adwentu Polki rozsiane w różnych częścią świata piszą o Bożym Narodzeniu. Zapraszam do śledzenia naszego kalendarza, otwierania kolejnych "okienek" i do komentowania.

 Znalezione na Pinterest

Portugalskie Boże Narodzenie (Natal) troszkę mnie zaskoczyło. Nie mam bliskiego kontaktu z Portugalczykami, świętujemy po naszemu czyli po polsku ale wypytuję, podptaruję i widzę, że bożonarodzeniowe tradycje się globalizują. Tak jak w Polsce, w Portugalii to święto rodzinne, okazja do spotkania i pobycia razem. Przy czym Portugalczycy mają na to niecałe dwa dni, bo 26 grudnia już dniem świątecznym nie jest. W wydawałoby się katolickiej Portugalii zaskoczyło nas, że wizyta w Kościele nie należy do świątecznych planów. Nieopatrznie poszliśmy na Pasterkę, na której było może trzydzieści zaspanych babć. Dopiero później dowiedziałam się, że Algarve nie należy do bardzo religijnych regionów, a tradycja chodzenia na Pasterkę w ogóle wymiera. Podobnie jak przynoszący prezenty Menino Jesus, który zastąpiony został czerwonym Pai Natal oraz tradycyjne szopki/stajenki, które ustąpiły pierwszeństwa choinkom.

24 grudnia Portugalczycy podobnie jak Polacy wieczorem zasiadają do uroczystej kolacji (consoada). Głównym daniem jest zazwyczaj gotowany sztokfisz (bacalhau cozido) z ziemniakami i kapustą oraz mnóstwo rozmaitych wypieków. W niektórych regionach jada się także indyka lub ośmiornice.

Najbardziej tradycyjnym wypiekiem świątecznym jest Bolo Rei, przeważnie kupowane w cukierniach, które specjalizują się w tym cieście. To okrągłe ciasto ozdobione jest kandyzowanymi owocami oraz orzechami, a w środku ukryte ma ziarno bobu oraz prezent. Ta forma i ozdoby symbolizują podarunki, które małemu Jezusowi przynieśli Trzej Królowie. Skórka ciasta to symbol złota, owoce kandyzowane przypominać mają mirrę, a aromat ciasta kadzidło. Istnieje legenda, która tłumaczy zwyczaj ukrywania ziarna bobu we wnętrzu ciasta. Otóż Trzej Królowie, wędrując do Jezusa, nie mogli dojść do konsensusu, który z nich będzie mógł Dzieciątku dać prezenty. Spotkany piekarz zaproponował im upieczenie ciasta z ziarnem bobu w środku. Królowie mieli kosztować po kawałku, a ten z nich, który trafi na bób, będzie tym, który przekaże Jezusowi prezenty. Niestety nie wiadomo, który z nich okazał się być szczęśliwcem.
Naprawdę Bolo Rei przywędrował do Portugalii z Paryża, aktualnie korzysta się z przepisu użwanego na południe od Loary - jest to ciasto drożdżowe nieco podobne do chlebowego. Dzisiaj w Bolo Rei ukrywany jest malutki prezent z metalu. Natomiast osoba, która trafi na bób, zobowiązana jest do kupienia kolejnego ciasta.

 Zdjęcie pochodzi z Wiki Commons

Zdjęcie z Pinterest

Innym specjałem, typowym dla Świąt jest Rabanada, która przypomina nieco francuskie tosty. Przepis znalazłam na Pinterest:



Wyżej wspominałam, że do tradycji portugalskiej należą szopki (presépios), a choinki to stosunkowo  nowy import. Szopki od dawna stanowiły jedną z ważnych gałęzi sztuki, zachwycały ogromną ilość figurek, z których niektóre mogły być wielkości dorosłego człowieka. Pierwsze wzmianki o konstruowaniu szopek pochodzą z początku XVII wieku, a tradycja ta rozkwitła w okresie baroku, w XVIII wieku, gdy szopki miały po kilkaset figurek. Wraz z przywędrowaniem do Portugalii choinki w XX wieku, szopki spadły na drugi plan. Jeszcza całkiem niedawno do tradycji należało wspólne tworzenie w domu szopki - używano własnoręcznie zebranego mchu, drewna, skrzętnie zbieranych figurek. Teraz szopki można oglądać w kościołach lub nawet w domach prywatnych, które tworozne są przez loklanych artystów. 

Zeszłoroczna szopka z miasta Vila Real de Santo António z ponad 4000 figurek, zajmująca powierzchnię 210 m2.

Zdjęcie za Jornal do Algarve


Zdjęcia za Wiki Commons 

Feliz Natal e Próspero Ano Novo!

Samstag, 6. Dezember 2014

Homeschooling czyli jak uczymy się języka polskiego

Jak dotąd nie mieliśmy czasu na intensywną naukę języka polskiego. Dzieci świetnie mówią, Starsza czyta płynnie, młody czyta krótkie wyrazy (i chyba nawet polski jest językiem, w którym mu to najlepiej idzie). Gdy decyzja o przeprowadzce była coraz bardziej konkretna, zaczęłam się rozglądać za materiałami do nauki w domu. Pisząc nauka mam na myśli właściwie tylko ortografię, bo Starsza pisze bardzo różnorodnie i powiedzmy twórczo. Polską historię i geografię przemycam mimochodem więc tutaj także nie widziałam dużej potrzeby nauki. Poza tym trzaskamy bardzo dużo "zadań", mamy chyba przerobioną całą gamę wydawniczą Aksjomatu. Podczas moich poszukiwań trafiłam na Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą, a potem Libratusa. Jakiś czas oswajałam te koncepcje, aż w końcu decyzja została podjęta, wszystkie dokumenty wypełnione, podpisane, wysłane i Starsza i Młodszy zostali polskimi uczniami. 

Żeby nie zniechęcać Starszej, zapisałam ją o klasę niżej czyli do klasy trzeciej, a Młodszego do zerówki. Po zakupie podręczników straciłam nieco zapał. Pracujemy z książką Nasze "Razem w szkole". Już tytuł mnie i Starszą zraził - naszym zdaniem dziwaczny. Druga sprawa objętość - dziesiątki książek, zeszytów ćwiczeń, podręczniki do muzyki czy informatyki. Dla nas to zupełna nowość, bo Starsza podręczników wcale nie ma i nigdy w ten sposób nie pracowała. Podobnym zaskoczeniem był dla niej spis lektur - później okazało się, że niektóre z wymienionych książek już czytała.


Pracę rozpoczęliśmy we wrześniu i okazało się, że zarówno Starszej, jak i Młodszemu wszystko się podoba. Platforma edukacyjna jest czytelna, dobrze zorganizowana, a scenariusze lekcji bardzo pomocne. Decydując się na ten rodzaj nauczania, nie miałam pojęcia jak to faktycznie będzie wyglądać i spodziewałam się, że będę musiała sama opracowywać lekcje. Tymczasem scenariusze są bardzo dokładne, zawierają dużo informacji dodatkowych, linki, ilustracje, gry interaktywne. Lekcje dla zerówki są nieco inne - dużo bardziej zabawowe, sporo tu pomysłów na aktywności plastyczne, zabawy ruchowe itd. Tutaj nie ma podręcznika ale wszystkie materiały ćwiczeniowe można wydrukować. 

A jak nam idzie nauka? Młodszy Libratusa lubi ale materiał zerówki jest dla niego dużo za łatwy. Nie tylko stopniowo wprowadzane pierwsze literki i cyferki, ale także informacje o bezpieczeństwie, przyrodzie, polskie wiersze i piosenki są mu znane. Dzięki temu bardzo szybko odrobiliśmy dużo materiału.


W przypadku Starszej w pewnym sensie jest podobnie. Informacje społeczno-przyrodnicze są jej w dużej części znane, nowa jest polska terminologia lingwistyczno-matematyczna, zdarzają się nieznane słowa, ale zakładam, że wychowywane w Polsce dzieci też poznają nowe słownictwo w szkole. 
Dziwne dla Starszej są trzy linie do pisania, nigdy nie pisała aż tak dużymi literami. Ortografia nie jest naturalnie tematem centralnym, ale przy każdej lekcji jest ćwiczona. Nie widzę na razie u Starszej dużego postępu, nadal pisze dość twórczo. Do podręczników jednak się przekonałyśmy. Z tak rozbudowanymi książkami dużo łatwiej uczyć się i nauczać. Dziecko dużo mniej pisze, za to więcej uzupełnia, nakleja, słucha, tworzy prace artystyczne. Starszej się to podoba, zakładam że sporą rolę odgrywa tu także powiew nowości. Mnie prościej jest uczyć, bo wszystko mam w podręczniku czy ćwiczeniach i praktycznie tylko nadzoruję pracę i nie muszę wysilać się kreatywnie. 

Nie wiem jeszcze jak jest z matematyką i innymi przedmiotami, bo na razie koncentrujemy się na głównym podręczniku, w którym sporo jest już informacji przyrodniczych i historycznych. Do każdej lekcji przyporządkowany jest dział matematyczny - bardzo łatwy, na poziomie 1 klasy chyba. Widziałam jednak, że są jeszcze osobne podręczniki do matematyki i przyrody ale nie miałyśmy jeszcze czasu z nimi pracować.

Libratus oferuje także webinaria, które odbywają się w weekendy i dotyczą materiału z danego tygodnia. Dotąd w nich nie uczestniczyliśmy, bo niestety uzyskanie w Portugalii stałego łącza telefonicznego, a co za tym idzie nieograniczonego Internetu trwało prawie trzy miesiące (to taka portugalska interpretacja pięciu dni). Dziś Starsza obejrzała film z jednego z nich i myślę, że w przyszłości postara się w nich brać udział. 

Podsumowując materiału jest multum i niestety nie wiem czy damy radę do egzaminu wszystko ogarnąć. Już teraz nie nadążamy i dopiero kończymy porcję wrześniową. Lekcje są dość czasochłonne, bo każda dodatkowo obejmuje ćwiczenia matematyczne i ogólne. Starsza wraca ze szkoły ok 16:30 i nie zawsze ma jeszcze chęć siedzieć nad książkami. Często ten czas poświęcamy na gry i odrabianie zadań szkolnych. 

Podoba się nam bardzo koncepcja Libratusa ale nie wiem czy będziemy kontynuować naukę w czwartej klasie. Materiału zapewne będzie więcej, a już teraz widzę, że niemal wszystkie wiadomości pozajęzykowe są dla nas oczywiste, a zakładam że ortografię jednak kiedyś załapie. Starsza zapewnia jednak, że bardzo chce.

Podobnie wygląda to z językiem niemieckim. Kupiłam podręcznik do czwartej klasy z tej serii, z którą pracowała w Niemczech ale kilkakrotne próby spaliły na panewce. Moje dzieci mówią do mnie tylko po polsku i w tych warunkach nie ma szans na przeprowadzenie lekcji po niemiecku. Starsza uparcie odpowiadała po polsku i bardzo mocno wzbraniała się przed nauką. Postanowiłam więc odłożyć ten projekt na później, zakładając że poprawnego pisania tak czy siak się nauczy. Jak to będzie z Młodszym nie wiem, na razie uczy się pisać po angielsku, proste wyrazy także po polsku. Niemiecki traktujemy najbardziej po macoszemu.

Freitag, 28. November 2014

Historia mojej emigracji

Od niedawna jestem członkinią Klubu Polek - inicjatywy, która zrzesza Polki, które wyemigrowały. Zachęcam was do zajrzenia na bloga Klubu - to kopalnia fascynujących blogów!



Założycielki Klubu organizują regularnie projekty na różne tematy, w tym miesiącu dziewczyny przedstawiają swoje emigracyjne historie. Przyznam, że nie jest to łatwy temat - dopiero gdy zaczęłam myśleć nad koncepcją tekstu, uświadomiłam sobie jak daleko w przeszłość muszę sięgnąć i jak bardzo się uzewnętrznić:)



Że będę mieszkać zagranicą wiedziałam chyba od zawsze. Nawet gdy mi się nie śniło, że kiedyś będę miała paszport, wodziłam palcem po mapie. Gdy tylko wyjazdy za granicę stały się realne, zaczęłam działać w tym kierunku. Na początku ciągnęło mnie w kierunku Niemiec. W wielu aspektach nie jestem statystyczną Polką, jednym z nich jest ten, że lubię język niemiecki, którego nauczyłam się w dużej części sama. Życie jednak tak mi się układało, że mój wyjazd do Niemiec nie dochodził do skutku. Najpierw zrezygnowałam z umówionego już wyjazdu au-pair, bo nieoczekiwanie dostałam się na studia. Na początku lat dziewięćdziesiątych operki były zupełną egzotyką, a załatwienie takiego wyjazdu wcale nie było proste, z żalem z niego więc zrezygnowałam. Potem, na studiach, jeszcze trudniej zrealizować mi było moje plany. Po drugim roku dopiero wyjechałam w nieznane i spędziłam kilka fascynujących tygodni w Badenii-Wirtembergii, a rok później wyjeżdżałam już na dłużej, jako stypendystka do Rostocku. Mimo początkowej niechęci bardzo dobrze czułam się w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, spędziłam tam wspaniały rok, poznałam mnóstwo ludzi, zwiedziłam spory kawałek północnych Niemiec i z żalem przygotowywałam się do powrotu do Polski.

Tak się złożyło, że na kilka dni przed powrotem, poznałam M. I to także przypadkiem. Największa impreza roku w Rostocku to Hanse Sail - szeroko zakrojona z mnóstwem morskich atrakcji i sporymi możliwościami pracy. Ja sprzedawałam lody:) A obok naszej kawiarenki można było np. skoczyć na bungee. Potraktowałam to jako szczęśliwe zrządzenie losu, bo na bungee chciałam skoczyć już zawsze, mając nadzieję, że w ten sposób pozbędę się lęku wysokości. Skoczyłam, lęku się nie pozbyłam, w bonusie dostałam przyszłego męża, którego na tej imprezie nawet nie było. Był za to jego wspólnik, który chciał wypróbować swój nowy aparat fotograficzny. Jako że skakałam jako pierwsza, byłam modelką i bardzo, ale to bardzo chciałam mieć zdjęcia z mojego skoku! Po te zdjęcia zwróciłam się pisząc maila, który znalazłam na stronie firmy, a odpowiedział na niego właśnie M. Tydzień później się spotkaliśmy, a tydzień później wróciłam do Polski. Po roku jeżdżenia na trasie Berlin-Wrocław, przeniosłam się do niemieckiej stolicy i zostałam tam 15 lat. Tam spędziłam piękne i trudne chwile. W Berlinie studiowałam, uczyłam się pokory bardzo długo szukając pracy, świętowałam przystąpienie Polski do Unii Europejskiej, urodziłam dwoje dzieci, poznałam wiele ludzi, pokochałam to miasto i stopniowo duchowo przygotowywałam się na zmiany.

Za Polską nie tęskniłam bardzo, początkowo dość często odwiedzałam rodzinę. Bardziej doskwierała mi samotność, w kraju zostawiłam całą rodzinę i wszystkich przyjaciół, a w Berlinie bardzo trudno było mi nawiązać nowe znajomości. Pielęgnowałam więc dotychczasowe przyjaźnie, stopniowo ucząc się, że to syzyfowa praca. I mimo, że wyjechałam znając dobrze język i że miałam pod bokiem M.-Niemca, który uczył mnie nowego kraju, to była to lekcja pokory, ale także poszerzanie horyzontów i ciągła nauka nowego. M. dzieli moją pasję do podróży, więc jeździliśmy i podróżowaliśmy, na ile tylko czas czyli pracodawcy nam pozwolili.

I o ile w Niemczech żyje się, moim zdaniem, łatwiej niż w Polsce, to te piętnaście lat, jak wspominałam, wcale nie było różowe i bezproblemowe. Przez ostatnie dwa lata mąż coraz częściej przebąkiwał o kolejnej emigracji. Ja byłam największym hamulcem tego przedsięwzięcia, bo wiedziałam z czym się emigracja wiąże. Teraz przecież mamy dwoje dzieci, nie znamy języka (ja się uczę ale jeszcze daleko mi do perfekcji), nie mamy przewodnika, który wyjaśni nam sekrety portugalskiej egzystencji, martwiłam się o służbę zdrowia, kontakty socjalne, ból rozstania - kwestie, które piętnaście lat nawet mi nie przeszły przez głowę.
Po wielu godzinach rozmów i rozważań jednak zdecydowaliśmy się na ten krok, tym razem jednak bardzo zachowawczo, pozostawiając nam możliwość powrotu. Od trzech miesięcy układamy sobie na nowo życie w Portugalii i jak na razie o powrocie nawet nie myślimy.

Praia do Castelejo

Klif w Lagos

Ujście rzeki w Alvor

Samstag, 22. November 2014

Prawie trzy miesiące w Portugalii

 Jesteśmy tutaj nieco ponad dwa miesiące, które wydają się być wiecznością. Co się wydarzyło? Mnóstwo!

Tak zaczęłam tego posta, zanim go jednak skończyłam z dwóch miesięcy, zrobiły się prawie trzy! Przeprowadziłam się, żeby moje życie zwolniło, ale chyba u nas nie ma takiej opcji. Posłuchajcie co się u nas działo:

- przede wszystkim remonty! Ciągle mamy budowę albo w domu, albo dookoła domu. Właściwie już nie wiem jak to jest żyć bez kurzu, bałaganu, chaosu i bez kuchni przede wszystkim! Kuchnia to temat rzeka i próba naszej cierpliwości. Od ponad dwóch miesięcy jest w stanie zmiennym, a ja się zaczynam przyzwyczajać do zmywania w wannie i gotowania herbaty na podłodze.

- szkoła: okazuje się, że dzieci bardzo dobrze się zaaklimatyzowały, a szkoła odpowiada naszym oczekiwaniom. Dzieci już nauczyły się sporo po portugalsku, zaskakują nas nowymi słowami i zwrotami. Homeschooling za to wypalił pół na pół. Język polski super - dzieci uwielbiają Libratusa, Starsza kocha polskie podręczniki, jedyny szkopuł w tym, że materiału jest dużo, a czasu mało. Dobrą decyzją było zapisanie Starszej do klasy niżej, czyli do trzeciej - materiał jest dla niej łatwy, ale przecież chciałam tylko ćwiczyć ortografię. Młodszy w zerówce się nudzi ale zadania robi bardzo chętnie. Nie wypaliła za to nauka niemieckiego ze Starszą. Po pierwsze mam tylko podręcznik więc scenariusze lekcji muszę wymyślać sama ale już podczas pierwszej próby okazało się, że Starsza mówi do mnie tylko i wyłącznie po polsku i nie będzie odpowiadać na pytania. Aby zminimalizować poziom kłótni i stresu odłożyłyśmy niemiecki na później.

- pogoda: temat, który mnie poniekąd fascynuje. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić listopadowej szarówki i mgły, bo u nas zieleń! Rozbuchana, soczysta zieleń. Kwitną hibiskusy i oleandry, na drzewach wiszą granaty i cytryny. I ta zieleń jest największym pocieszycielem, gdy mam gorszy dzień. Poza tym mamy sporo deszczu, nietypowo dużo. A musicie wiedzieć, że jak tutaj leje, to leje jak w tropikach. Nie widać dłoni przed oczami, dookoła potop, a wyściubienie nosa poza dom grozi przemoczeniem do bielizny. W tym tygodniu padało tak mocnow dwa dni i noce i zakończyło się to powodzią. Miałam przyjemność, wątpliwą naturalnie, w takiej ulewie jechać po dzieci do szkoły. A do szkoły mamy 40 km zakrętami przez wzgórza i doliny. Wycieraczki na najwyższym biegu nie wystarczały, ze zbocz wzgórz po bokach drogi woda tryskała wodospadami tworząc w poprzek asfaltu rzeki (gdy piszę rzeki, to mam na myśli rzeki), strumienie tworzyły się też wzdłuż drogi zalewając ją, a ze zbocz wzgórz, otaczających drogę zsuwały się kamienie, a czasami ziemia, deszcz bębnił w dach, a ostatni odcinek nie istniał, bo zamienił się w rzekę. 


To była zdecydowanie najgorsza podróż mojego życia! Trochę zdjęć z tego kataklizmu możecie zobaczyć tutaj. Ale wiecie co, nawet jak pada tak, że jedynym skojarzeniem jest Noe i jego arka, to zaraz potem widać błękit nieba i nawet gdy niebo szczelnie pokryte jest chmurami i świat jest szaro-bury, to widać, że nad tą warstwą chmur czyha słońce. Po potopie wyszłam nocą do ogrodu, by odetchnąć czystym, oceanicznym powietrzem i ujrzałam niebo pełen gwiazd. I dla takich momentów warto było się przeprowadzić. Gdy jednak nie pada mamy całkiem znośną pogodę. Starsza nadal do szkoły biega w podkolanówkach, a moje listopadowe dzieci świętowały urodziny w ogrodzie, boso. I nawet ja nie zawsze wkładam skarpetki:)

Listopadowy widok na Salemę

- administracja i urzędy: o matko i córko, już nigdy nie będę narzekać na niemiecką biurokrację! Próbowałam, jak prawo przykazuje, zameldować się w naszym urzędzie. Pierwsza próba: fail. Pani nie zna angielskiego, bo po co znać angielski, gdy pracuje się w urzędzie miasta z największą ilością zameldowanych cudzoziemców w całej Portugalii. Ale panią zaskoczyłam, gdy stwierdziłam, że ja w takim razie po portugalsku. Wtedy urzędniczka rozpoczęła ofensywę z innej strony - a po co mi meldunek? Kto ode mnie i dzieci wymaga? Moje klarowanie, że po to, że trzeba, nie odniosło skutku i odeszłam z kwitkiem. Podczas kolejnej wizyty trafiłam na panią o wiele milszą, która wprawdzie angielskiego też nie znała ale przynajmniej mówiła do mnie dużymi literami i bez żadnych ceregieli mnie zameldowała! Inną przygodą było zgłoszenie się do tutejszej kasy chorych, co zrobiłam w październiku i pewnie się nie zdziwicie jak napiszę, że do dziś czekam na potwierdzenie naszego ubezpieczenia. Podejrzewam, że ten wątek będzie jeszcze przyczynkiem do wielu postów, pod warunkiem, że mnie wena nie opuści, oczywiście.

I mogłabym jeszcze pisać o kulinariach, które nadal odkrywam, o nauce portugalskiego, o przyrodzie ale muszę sobie przecież zostawić tematy na inne posty, prawda?

Donnerstag, 18. September 2014

Jak trafiłam do Portugalii



Po piętnastu latach w Berlinie wcale nie czułam się znudzona tym miastem. Po początkowej antypatii, następnie powolnym oswajaniu, aż do miłości - przeszłam wszystkie fazy uczuć do tego miasta. W pewnym momencie jednak życie osiągnęło taki moment, że wszechobecna stagnacja zaczęła nas paraliżować. No bo praca - jest, córka - jest, syn - jest, stabilizacja - jest. Wróć, stabilizacja to jest właśnie to, czego nie lubimy. Czyli zmiana.
Rozmowy na temat wyjazdu toczone były już od dawna. Przewijały się różne kraje, przeważnie dalekie ale Portugalia wracała jak bumerang. Bo już dawno oswojona, nauka języka in progress, wszystkie drażliwe tematy, takie jak szkoła czy służba zdrowia obgadane, potencjalny punkt przeprowadzki wybrany. Czemu więc długie rozmowy? Bo ja nie byłam przekonana. Bo wiem co to jest emigracja. Bo przeprowadzałam się do Niemiec, znając świetnie język, bez dzieci, bez zobowiązań, beztrosko i z bazą w postaci przyszłego męża - Niemca.
A teraz nie mam w domu chodzącego kompedium o życiu w Portugalii i sama muszę kombinować, gdzie załatwić to czy owo, albo gdzie najlepiej kupić przysłowiowe spinacze i rajtki, co akurat tutaj może urosnąć do rangi problemu. Mieszkamy bowiem, w porównaniu do Berlina, na pustyni usługowej i na samym końcu Europy, żeby nie nazwać tego dosadniej, co czasem z uśmiechem czynimy:)
I jeszcze są dzieci. Młodsze do przeprowadzki było chętne, bo nie lubi ubrań i butów:) A starsze, okazało się być niemal za stare. Praca u podstaw trwała wiele miesięcy, aż dziecko się zgodziło i nawet spojrzało na zmianę szkoły i miejsca zamieszkania z entuzjazmem.
Ale nasza przeprowadzka to nie tylko ucieczka przed stagnacją. To także ucieczka przed setką dni z rzędu, kiedy niebo wisi tak nisko, że można je dotknąć, a jego głęboko szary odcień penetruje neurony tak dalce, że myśli samobójcze nie wydają się być mrzonką sfrustrowanego Fina.
To ucieczka przed tym, co kiedyś trafnie ujął bliski nam barman na Jamajce, mówiąc this job is taking to much time of my life, po czym odwrócił się plecami do najpopularniejszej miejscówki na plaży w Negril i odszedł. Nie chcę już na dziesięć godzin znikać z domu, wracać na autopilocie i udawać, że mam ochotę na rozmowę z własnymi dziećmi. Chcę widzieć świat, a nie mur za ekranem komputera, chcę mieć siłę na zabawę z dziećmi i ochotę na rozmowę z mężem. Nie ukrywam, że największą siłą napędową był właśnie m., a ja podążyłam za nim. I ciekawa jestem jak się nam będzie żyło w kraju, którego języka nie znam perfekcyjnie i w którym na pierwszy rzut oka jestem rozpoznawana jako cudzoziemka. To dla mnie zupełna nowość, dotąd zawsze mogłam ukryć się w tłumie, być tłem, gdy na to miałam ochotę. Tutaj zawsze będę tą obcą i inną. Nie przeraża mnie to, raczej zaciekawia i fascynuje. Spróbuję od czasu, do czasu pisać o naszym życiu tu, na końcu Europy.

Donnerstag, 20. Juni 2013

Portugalskie znaki przydrożne



Zdjęcie zrobione w Monchique. Napisy oznaczają po kolei: wyjazd, ratusz, pocztę, halę targową oraz klasztor.