Jak trafiłam do Portugalii



Po piętnastu latach w Berlinie wcale nie czułam się znudzona tym miastem. Po początkowej antypatii, następnie powolnym oswajaniu, aż do miłości - przeszłam wszystkie fazy uczuć do tego miasta. W pewnym momencie jednak życie osiągnęło taki moment, że wszechobecna stagnacja zaczęła nas paraliżować. No bo praca - jest, córka - jest, syn - jest, stabilizacja - jest. Wróć, stabilizacja to jest właśnie to, czego nie lubimy. Czyli zmiana.
Rozmowy na temat wyjazdu toczone były już od dawna. Przewijały się różne kraje, przeważnie dalekie ale Portugalia wracała jak bumerang. Bo już dawno oswojona, nauka języka in progress, wszystkie drażliwe tematy, takie jak szkoła czy służba zdrowia obgadane, potencjalny punkt przeprowadzki wybrany. Czemu więc długie rozmowy? Bo ja nie byłam przekonana. Bo wiem co to jest emigracja. Bo przeprowadzałam się do Niemiec, znając świetnie język, bez dzieci, bez zobowiązań, beztrosko i z bazą w postaci przyszłego męża - Niemca.
A teraz nie mam w domu chodzącego kompedium o życiu w Portugalii i sama muszę kombinować, gdzie załatwić to czy owo, albo gdzie najlepiej kupić przysłowiowe spinacze i rajtki, co akurat tutaj może urosnąć do rangi problemu. Mieszkamy bowiem, w porównaniu do Berlina, na pustyni usługowej i na samym końcu Europy, żeby nie nazwać tego dosadniej, co czasem z uśmiechem czynimy:)
I jeszcze są dzieci. Młodsze do przeprowadzki było chętne, bo nie lubi ubrań i butów:) A starsze, okazało się być niemal za stare. Praca u podstaw trwała wiele miesięcy, aż dziecko się zgodziło i nawet spojrzało na zmianę szkoły i miejsca zamieszkania z entuzjazmem.
Ale nasza przeprowadzka to nie tylko ucieczka przed stagnacją. To także ucieczka przed setką dni z rzędu, kiedy niebo wisi tak nisko, że można je dotknąć, a jego głęboko szary odcień penetruje neurony tak dalce, że myśli samobójcze nie wydają się być mrzonką sfrustrowanego Fina.
To ucieczka przed tym, co kiedyś trafnie ujął bliski nam barman na Jamajce, mówiąc this job is taking to much time of my life, po czym odwrócił się plecami do najpopularniejszej miejscówki na plaży w Negril i odszedł. Nie chcę już na dziesięć godzin znikać z domu, wracać na autopilocie i udawać, że mam ochotę na rozmowę z własnymi dziećmi. Chcę widzieć świat, a nie mur za ekranem komputera, chcę mieć siłę na zabawę z dziećmi i ochotę na rozmowę z mężem. Nie ukrywam, że największą siłą napędową był właśnie m., a ja podążyłam za nim. I ciekawa jestem jak się nam będzie żyło w kraju, którego języka nie znam perfekcyjnie i w którym na pierwszy rzut oka jestem rozpoznawana jako cudzoziemka. To dla mnie zupełna nowość, dotąd zawsze mogłam ukryć się w tłumie, być tłem, gdy na to miałam ochotę. Tutaj zawsze będę tą obcą i inną. Nie przeraża mnie to, raczej zaciekawia i fascynuje. Spróbuję od czasu, do czasu pisać o naszym życiu tu, na końcu Europy.

Kommentare

mandzuria hat gesagt…
Mocno trzymam za Was kciuki! I choć wyobrażam sobie, jak niełatwa była to decyzja i pewnie wciąż czasem coś Cię zaskakuje, nie zawsze pozytywnie, to myślę, że to cudowne, że się zdecydowaliście na przeprowadzkę. Odważnie, z małymi dziećmi, ale właśnie chodzi przecież o to, żeby mieć czas na życie i na ukochanych :) Ściskam!
Anna hat gesagt…
Asiu, dziękuję bardzo! Patrząc wstecz to jednak wcale tak trudno nie było, teraz wszystko wydaje się być całkiem proste. A z małymi dziećmi chyba jednak łatwiej, starsza niebawem skończy 9 lat i to już naprawdę prawie za późno. I ja ściskam i ciepło pozdrawiam!
Anonym hat gesagt…
Aniu, bardzo ciekawą decyzję podjęliście i podziwiam Was za odwagę! Bardzo chętnie będę czytać o tym, jak oswajacie Portugalię! Pozdrawiam!
Paulina (padma)
Anna hat gesagt…
Padmo, dziękuję za miłe słowo, postaram się pisać od czasu do czasu, pomysły na posty mam! Pozdrawiam!

Beliebte Posts