Samstag, 31. Januar 2009

31.01

Nauczeni doświadczeniem, wybraliśmy się na wycieczkę, jak mawia Trzylatka, przed południem. Odwiedziliśmy pobliskie akwarium – projekt wykonany na zlecenie króla. W sporym budynku w wielu małych i całkiem sporych akwariach można oglądać ryby, żyjące w tajlandzkich morzach. Wszystko czyste, opisane, zadbane i za darmo. Trzylatce bardzo się podobało a i my chętnie poczuliśmy jak podczas nurkowania. Jako że jest sobota na plaży, na przeciwko akwarium, w ceiniu drzew sporo tajskich rodzin urządzało pikniki. Tajlandczycy ciąglew jedzą, więc tuż obok już stały garkuchnie i stosika z owocami. Nakupiliśmy owoców – orzechy kokosowe do picia, pokrojone na kawałki anansy, arbuzy i nieznane nam owoce, które je się na słono. Tuż dalej odkryliśmy polecany przez nasz przewdonik Jungle bay resort. Rzeczywiście jest świetny, bungalowy rozrzucone są w dżungli. Pośrod drzew i lian mieszczą się drewniane domki, każdy troszkę inny – czysty i schludnie urządzony. Rankiem do okien zaglądają skaczące małpy, między drzewami przechadzają się kury a na tarasie świergocą ptaki. Zieleń aż kipi! Poznaliśmy właściciela, który świetnie mówi po angielsku i bardzo troszczy się o gości. Miejsce godne polecenia, a w internecie można je zobaczyć tu. Do królewskiego projektu należy również specjalnie założona ścieżka poznawcza w lesie namorzynowym. Z naszych obserwacji wynika, że niewiele tych lasów zachowało się na wybrzeżu, które poprzecinane jest głębokimi zatokami, zwanymi tu lagunami. Z pewnością ich brzegi porośnięte były namorzynami. Teraz widać głównie wioski rybackie.

Zaczął się weekend, ale oczekiwana fala gości nie przybyła – zaledwie kilka tajskich par zakwaterowało się u nas. Odjechali za to goście z Bhutanu – pierwsi bhutańczycy, których poznałam.

Pogoda nadal świetna, bo niebo nie jest bezchmurne. Nie jesteśmy więc narażeni na palące słońce, co więcej czasem bywa nam chłodno, np gdy wychodzimy z morza, które jest cieplejsze niż powietrze. Nasza Trzylatka szaleje w wodzie bez obaw – sto metrów od brzegu nadal sama może stać, fale nie są zbyt wysokie, a dno piaszczyste. Po kąpieli oświadcza nam, że jest głodna i idziemy do restauracji jeść ryż. Wszystko i wszystkich już zna, czaruje właścicielki, a nieznajomość tajskiego i angielskiego nie przeszkadza jej się z nimi bawić. Aklimatyzacja zakończona. Za to faza pytań nie zakończona i nadal roztrząsamy kwestie pożywienia krecików, nazw owoców, buddyjskich świątyni, momentu robienia dzidziusia, rozmnażania drobiu itp.

Freitag, 30. Januar 2009

Lenistwo

Po tak leniwym dniu niewiele mogę pisać. Korzystaliśmy z morza, piasku, hamaków i naszej wanny z wodospadem, mieszczącej się pod gołym niebem. Po południu chcieliśmy obejrzeć okolice ale zmęczona i jęcząca Trzylatka niestety nie pozwoliła. Dośc szybko zawróciliśmy. Zaliczyliśmy za to mały targ z jedzeniem, przyrządzanym na świeżo. Jako jedyni biali stanowiliśmy niemałą atrakcję, a zwlaszcza Trzylatka, która fachowym okiem wybierała klapki na jedynym stoisku z butami oraz szukała rambutanu. Faza pytająca nadal w absolutnym maksimum. Tym razem wałkujemy szczegółowo kwestię religii – dziś musieliśmy obejrzeć „kościół od Buddy“, przeanalizować kwestię Bożego Narodzenia w buddyźmie, obecność Maryi, Józefa i Jezusa w małych przydomowych świątyniach oraz fakt istnienia świątyń w Berlinie. Ufff! Nie sposób zliczyć pozostałe pytania dręczące nasze dziecko, które wymagały wyjaśnienia tak pilnego, jak dokładnego. A jakie mamy tajskie spostrzeżenia? Mnie jak zwykle fascynuje kwestia spędzania przez Tajlandczyków czasu. W przyhotelowej restauracji pracują ze cztery dziewczyny, obsługuje jedna, bo gości oprócz nas jeszcze tylko czworo, a reszta siedzi obok. Siedzą, rozmawiają, patrzą, drzemią. I tak wszędzie, przy sklepach, garkuchniach, restauracyjkach. Ja bym oszalała. Podejrzewam jednak, że rzuca się to tak mocno w oczy, bo wszyscy są na zewnątrz. Nie gniją przed telewizorami czy komputerami, jak to pewnie w Europie bywa. Inna obserwacja to wszechobecny król. Tajlandczycy swego króla kochają miłością absolutną. Każdą więc niemal ulicę zdobią portrety króla – przekolorowane i wyidealizowane. Król we wszelkich pozycjach: zamyślony, uśmiechnięty, z małżonką, z aparatem, z dziećmi, na galowo, w mundurze itd. W każdej restauracji i sklepie wiszą oczywiście portrety króla.

Na razie zostajemy w Chao Lao, nie planujemy kolejnych dni, choć pewnie postaramy się zobaczyć okolicę. Wczoraj zapomniałam podać linka do nas, więc nadrabiam to dziś.

Donnerstag, 29. Januar 2009

Chao Lao

Dziś poznawaliśmy kolejne zakątki wybrzeża. Wpierw dotarliśmy do Laem Mae Phim, skąd dotarliśmy Klaeng. To duże miasto, które rozciąga się przy Sukhumvit Road (H3). Na tej drodze pozostaliśmy przez jakieś dwadzieścia kilometrów, skąd skręciliśmy potem w prawo, w kierunku kolejnych plaż. Równocześnie przekkroczyliśmy granicę prownicji Chanthaburi. Wpierw dotarliśmy do Khung Wiman – malutkiej wioski przyklejonej do wybrzeża. Plaża nie jest zbyt szeroka i raczej krótka. Tak więc wróciliśmy z powrotem do skrzyżowania, skąd pojechaliśmy do Laem Sadet i w końcu do Chao Lao. Te dwie plaże są ze sobą połączone. Przy nich mieści się sporo hoteli, bungalowów i resortów. Rozglądaliśmy się za wyszukanymi w necie miejscami. Wpierw znaleźliśmy New Travel Beach, która w internecie wyglądała świetnie. W rzeczywistości plaża byłam wąskim piaskiem mułu, a obiad w tamtejszej restauracji okazał się złym pomysłem. Wróciliśmy więc do Changchaolao Beach Resort. I to było dobre posunięcie. Resort mieści się tuż przy plaży kilkadziesiąt metrów od drogi. Wszystkie pokoje są niesamowicie oryginalne. Urządzone w tajskim stylu, tylko drewnianymi meblami, z otwartymi łazienkami. Przy samej plaży mieszczą się bungalowy. Trzy z nich mają tarasy właściwie na piasku. Każdy z nich ma wannę pod gołym niebem, otwartą część łazienkową, piękne drewniane meble i ogromne przeszklone drzwi. Nie zastanawialiśmy sie długo. Cały teren również jest świetnie zagospodarowany – wszędzie rosną palmy, krotony, mangowce, między nimi wiszą hamaki i stoją leżaki. Nad małą laguną mieści się wiszący most, po którym można się dostać do restauracji. Tajskie pracowniczki zahcwycone są Trzylatką, a gdy mała po tajsku podziękowała osiągnęły pełnię szczęścia. Nasza Trzylatka ma niespożytą energię. Weszła w największe ekstremum fazy pytającej. Dziś wyjaśniałam takie kwestie jak: co to są kolędnicy, czemu w Tajlandii nie ma śniegu, czy moczyłam w kąpieli kapelusz gdy była dzidziusiem, kiedy zrobimy nam dzidziusia, dlaczego tu są takie dziwne łazienki itd. Trzylatka jest zachwycona naszym nowym „domem“: hamakami i przede wszystkim morzem, które jest niesamowicie ciepłe i płytkie. Woda ciągle sięga jej do ud, niezależnie jak głęboko wchodzi. Zaplanowała już codziennie zabawy na plaży i powiększanie jej kolekcji muszelek i sepii. Jeśli przez kolejne dni będzie się nam nadal tak tu podobać, zrezygnujemy z wyprawy na Koh Chang i zajmiemy się zwiedzaniem prowincji Chanthaburi. Już późno, Trzylatka nadal tryska energią, podejmiemy kolejną próbę usypiania.

Mittwoch, 28. Januar 2009

Nad morzem

Kciuki się opłaciły – po przespanej nocy świat wygląda piękniej, a i dziś zapowiadał się dzień na luzie. Zaraz po śniadaniu przenieśliśmy się na leżaki ipobiegliśmy do morza – ale ciepła woda! Niezbyt wielkie fale i piękny piasek skusiły i naszą Trzylatkę, która najchętniej z plażby by nie schodziła. Troszkę pospacerowaliśmy plażą, by pooglądać okolice. Hoteli tu jak na lekarstwo, na działkach prrzylegających do wybrzeża mieszczą się albo próby zbudowania resortu, albo na prędce sklecone restauracyjki, oferujące również masaż i sprzedające jakieś drobiazgi albo po prostu nieużytki. Po południu wybraliśmy się jeszcze raz do Ban Phe – wioski, przez którą przejeżdżaliśmy wczoraj. Pospacerowaliśmy wąska uliczką, pełną ludzi, motorowerów, straganów, na których sprzedawane jest dosłownie wszystko. Największe z nich oferowały wszlekie owocy morza, ale suszone. Nie zabrakło też żywych ryb, muszli i krabów, które zaciekawiły Trzylatkę. Po obu stronach ulicy mieszczą się rynienki, którymi spływa brudna woda, przykryte są prowizorycznie skleconymi deskami, z których od razu wchodzi się do całkowicie otwartych z przodu sklepików. Ban Phe żyje głównie z faktu, iż stąd odpływają promy na pobliską wyspę Koh Samed – część parku narodowego. Tutaj także rozpoczynają się plaże, które ciągną się aż po Laem Mae Phim. Stamtąd zamierzamy pojechać przez Klaeng do prowincji Chantabouri i zobaczyć kolejne plaże. Jutro wyruszamy.  

Dienstag, 27. Januar 2009

Okolice Rayong

Sprzedajemy Trzylatkę! Ale dała czadu. Urlop staje się niezbyt miły. W nocy od czwartej marudzła przez sen jęcząc, rzucając się i kopiąc. Nie mogłam zmrużyć oka, gdyż bałam się, że spadnie z łóżka. Ona nie była w stanie wyartykułować o co jej chodzi a my się denerwoaliśmy. Gdy wstawaliśmy, spała w najlepsze. Po śniadaniu M zajął się odbiorem samochodu, a ja spakowałam nasze manatki. Ok. 11 wyruszyliśmy z Pattayi. Prawie cały czas jechaliśmy Sukhumvit Road, mijając setki sklepów, warsztatów, szyldów, garkuchni i czego tam jeszcze nie było. Okolice nie zachęcały do skręcenia w kierunku morza. Minęliśmy Sattahip i Ban Chang czemu towarzyszyły ryki Trzylatki. Wszystko jej nie pasowało, a każde żądanie wyrażała wrzaskiem. Cud, że się nie pozabijaliśmy. Dotarliśmy w końcu do Rayong, gdzie zatrzymaliśmy się na szybki posiłek, zakończony naturalnie rykiem. Nie naszym. Za Rayong nasze dziecko wreszcie usnęło, a my opuściliśmy Sukhumvit Road i skręciliśmy na boczną drogę, wiodącą wzdłuż wybrzeża. Droga wiodła w tunelu z pochylonych drzew, a my zatrzymaliśmy się na chwilę, by przejść się po raz pierwszy po plaży. Jeszcze dość wąskiej i brudnej ale i tak rozkoszowaliśmy się ciepły morzem. Gdy minęliśmy Ban Phe zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem, Jak to w życiu bywa, wpierw nic ciekawego nie widzieliśmy. Wreszcie po prawej (morskiej) sttronie zaczęłe się pojawiać hoteliki, bungalowy i całkiem spore hotele. Wiele nieczynnych lub na takich wyglądających. Zaryzykowaliśmy blizsze przyjrzenie się jednemu z nich, wyglądającemu na niecałkiem wymarły. Na dzień dobry zostałam spytana czy mówię po tajsku. Rękami i elokwencją udało mi sie jakoś dogadać. Pokoje wolne były, ale cena w żadnym wypadku nie odzwierciedlała standradu. W obliczu braku kooperacji ze strony recepcji, pojechaliśmy dalej. Kilka kilometrow dalej trafiliśmy na Novotel Rayong Rim Pae – i cóż tu mówić, znów mieszkamy dość luksusowo. Cena niewiele wyższa od tajskiego hotelu, a standrad o niebo lepszy. Szybciutko poszliśmy na spacer na plażę, podczas gdy sprzątano pokój dla nas. Potem tylko zaniesliśmy bagaże do pokoju, wyszukaliśmy stroje i popędziliśmy do basenu. Na ekskluzywną kolację w hotelu nie mieliśmy ochoty i poszliśmy na przeciwko, tak jak wielu innych mieszkańców zresztą. Sprytni Tajlandczycy założyli restaurację, biuro podróży i studio masażu dokładnie na przeciwko i było widać, że na tym korzystają – było pełno! Jedzenie pyszne! Korzystamy z internetu „na kartę“, więc przede wszystkim wyszukaliśmy kandydatów na nocleg na kolejne noce (tu zostajemy jeszcze jedną) oraz zarezerwowaliśmy ten sam hotel w Pattayi na ostatnie dwie noce. A teraz trzymamy kciuki, by Trzylatka dała się nam choć trochę wyspać. Dobranoc!

Montag, 26. Januar 2009

Pattaya drugi dzień

Po wczorajszej nauczce, dziś rozpoczęliśmy od wyjścia na miasto. Pozwoliliśmy się wpierw zawieźć do ogromnego centrum handlowego z częściami komputerowymi - Michael takie uwielbia:) Przede wszystkim jednak zaopatrzyliśmy się w kartę, która umożliwi nam łączenie się z netem przez najbliższe dni. Potem zagubliliśmy się na uliczkach i ulicach Pattayi - cóż to za moloch! Hałas, ruch, mnóstwo ludzi, turystów i Tajlandczyków i wszędzie szyldy, reklamy, budki, stoiska, sklepy, centra handlowe, bary, restauracje, kluby. Tygodni trzeba by na zobaczenie wszystkiego! Na szczęście nas szczegółowe zobaczenie Pattayi nie pociąga. Skorzystaliśmy właściwie tylko z przyjemności - najpierw masaż głowy i karku. Godzina cudownego relaksu dla nas i kultury tajskiej dla naszej Trzylatki, która została od razu zaszczebiotana przez dziewczyny pracujące w salonie masażu. Gdyby była śmielsza nosilby ją na rękach. Ale ona jak zwykle trzyma rezerwę i ze stoickim spokojem reaguje na piszczoty, prezenty, uśmiechy. Coraz bardziej jednak przyzwyczaja się do nowego kraju i podejrzewam, że niebawem zacznie korzystać z tajskiego zachwytu nad nią i zacznie się uczyć języka. Już kilka razy skonfrontowała mnie z pytaniem: "Mamo, co to znaczy (tu następuje tajska fraza, którą powtórzyła)" - oczywiście musiałam spasować. Mimo zakupienia trzech niezwykle kiczowatych sukienek nasza córka nie była całkiem szczęśliwa, bo nie dostała obiecanych zabawek do piasku. Wszystkie były koszmarnie drogie! Szzkoda, że jednak nie wzięliśmy naszych. Największym sukcesem dnia jest jednak fakt, że chyba choroba cofa się ostatecznie, bo trzylatka zaczęła jeść! No ale jak tu ulec tajskiej zupie z "makaronami" i kurczakowi w nerkowcach? Pycha! Gdy wreszcie wróciliśmy do naszej zielonej oazy, czyli do hotelu, od razu wskoczyliśmy do basenu. Mnie było znów chłodno ale mała siedziała bardzo długo. Przed snem oczarowała jeszcze jednego z kelnerów hotelowych i tajskich muzyków, którzy dziś u nas przygrywali. Najbardziej jednak podoba mi się teraz usypianie - nie ma długiego czytania, trzymania za rączkę, opowiadania. Nasze dziecko samo żąda udania się do pokoju, umycia minimum i ubrania w piżamę. Zasypia w sekundę:) Żeby jeszcze tylko przesypiała noce...
Jutro opuszczamy Pattayę, tęskno nam do bardziej typowych dla Tajlandii okolic, bez huku, tłumów i sklepów. Bardzo jestem ciekawa dokąd jutro dotrzemy:)

Sonntag, 25. Januar 2009

Pattaya

O Pattayi jeszcza zbyt wiele nie napiszę...
Spaliśmy długo, z przerwą w nocy na wycieczkę Trzylatki do  nas, która później spadła nawet z łóżka, na szczęście bez konsekwencji. Po kilkunastu godzinach snu byliśmy nawet wypoczęci i wybraliśmy się na śniadanie - pyszne. Micha od razu rzucił się na azjatyckie specjalności, ja jeszcze nie była gotowa na ostre curry na śniadanie a mała była szczęśliwa, że dostała płatki na mleku. Po śniadaniu przenieśliśmy się nad basen - wedle życzenia naszej małej tyranki. Najlepiej nie wychodziłaby wogóle z wody! A gdy już wyszła odbywaliśmy niezliczone spacerki po terenie hotelu. Ja zafundowałam sobie (mam nadzieję, że jeden z wielu) masaż - trzylatka bacznie obserwowała ale sama nie chciała być masowana. Nie dość, że masaż był bardzo przyjemny, to i pogoda cudowna - ciągle wieje przyjemna bryza, nie jest zbyt gorąco, na niebie wciąż jest trochę chmur. Idealna pogoda! Mnie naturalnie najbardziej ciekawi słynna Pattaya. M. już wczoraj wieczorem wyszkoczył obejrzec okolice, dziś wybraliśmy się razem. Mnie interesowały ulice, a nasze dziecko ciągle mówiło o plaży. Jednak zasnęła mi na rękach zanim w ogóle ujrzała morze. I dobrze, bo to, co jest w Pattayi plażą nazwać nie można. Niewielki pasek piasku przyklejony do niewyobrażalnie ruchliwej ulicy. Chodnik i ów pasek zastawione są leżakami, niedaleko brzegu kołysze się na falach mnóstwo kutrów, woda więc jest niezbyt czysta. Nie dziękuję, plażą tego nie nazwę. Mała pospała chwilę a potem serwowała jedną histerię za drugą, więc nie widzieliśmy zbyt wiele - ot, kawałek promenady i boczne ulice. Wszystko dość chaotycznie zabudowane, pełno knajpek, barów, dyskotek, hoteli, sklepów, centrów handlowych i wieżowców. Nic pięknego. Promenada ciągnie się jednak przez wiele kilometrów a ja widziałam tylko jej północny początek, do tego z wyjącą trzylatką u nogi. Dziś rozpoczyna się chiński nowy rok - trochę dekoracji jest widocznych, cały dzień słychać było petardy, ale większych obchodów nie widzieliśmy. W drodze powrotnej przeszliśmy przez ulicę ze straganami - trzylatka zażyczyła sobie najbardziej wściekle różową sukienkę z disneyowskimi księżniczkami, a tata jej ją kupił. Zaliczyliśmy jeszcze tajskiego fryzjera dla M. i supermarket i koczujemy w pokoju. Dziecko nasze zasnęło z lizakiem w buzi, takie było śpiące.

Samstag, 24. Januar 2009

Lot i pierwszy dzień

Jeszcze na lotnisku w Berlinie zastanawiałam się czy dobrze robimy decydując się na lot. Ale nie było już odwrotu. Raz dwa, siedzieliśmy w samolocie - jeszcze tylko odmrożono skrzydła i już wystartowaliśmy. Trzylatka była bardzo śpiąca ale w samolocie ruch, rozmowy, światło i oczekiwanie na jedzenie przeszkadzały jej spać. A naczekaliśmy się sporo, bo turbulencje opóźniły całą procedurę. Ale gdy wreszcie zjedliśmy i jako tako usadowiliśmy się, przejrzeliśmy wszystko, co można było przejrzeć, sprawdziliśmy czy na pewno mamy wszystkie zabawki i przeczytaliśmy kilka książeczek Trzylatka zdecydowała się spać. Przyjęła maksymalnie wygodną pozycję na mnie i padła, a i ja z nią, choć katar i suchość powietrza mnie zabijały. Ja akurat zbyt długo nie pospałam - bo nieoczekiwane ruchy przez sen Trzylatki skutecznie mnie przed porządnym uśnięciem powstrzymywały. Mała przespała śniadanie i w sumie obbudziła się bardzo marudna na samo lądowanie. Gdy już niemal lądowaliśmy była bardzo podekscytowana, że wreszcie dotrzemy na ten Bahnhof (czyt. Bangkok). Po raz pierwszy widziałam nowe lotnisko w Bangkoku - bardzo rozległe, zadbane o ciekawej architekturze. Bez najmniejszych problemów odebraliśmy bagaż i odnaleźliśmy kierowcę, który miał nas zawieźć do Pattayi. Jedynym zgrzytem było to, że nie udało mi się pobarć z bankomatu pieniędzy moją kartą - dziwne bardzo, sprawdzimy to jeszcze. Gdy tylko wyszliśmy z lottniska poczułam znajomy zapach - upału i bardzo wysokiej wilgotności. Zapach, który oblepia każdy por ciała. Wszechobecna zieleń od razu rzuciła się w oczy - setki palm, a później gaje bananowców. Podczas jazdy do Pattayi miałam zamiar obserwowac okolice ale z autostrady niewiele było widać a i trudno było mi powstrzymać mi się od snu. Zdążyłam zobaczyć jedną czy dwie świątynie i jak zwykle podziwiać niesamowite rozwiazania komunikacyjne wraz z sześciopasmowa (w jedną stronę!) autostradą. Nasz przez internet wyszukany hotel okazał się być bardzo miły. W centrum Pattayi, pełen zieleni. Wśród zadbanych rabat pełnych palm, hibiskusów, drzewek bonsai i innych roślin umieszczone są bungalowy i inne budynki, a w środku ciagnie się spory basen. Moża to miejsce zobaczyć tu. Pokój mamy rowniez bardzo przyzwoity, na pewno byłby dobrym lokum na dłużej niż nasze trzy noce. Gdy wreszcie dotarliśmy do pokoju, marzyłam żeby dac odpocząc skołatanej głowie, ale nasza Trzylatka już w aucie podskakiwała ze szczęścia na  samą myśl o plaży. W hotelu udało się ją przekonać, że basen wystarczy.l Musieliśmy więc wszyscy udać się do wody. Och, jak miło było, położyć się na leżaku i rozciągnąc kości. Aż głupio mi było korzystać z obsługi kelnera, który serował dania prosto na stoliczek obok leżaka. Skusiliśmy się jednak na ulubione pad thai i kurczaka satay. Zamierzaliśmy jeszcze udać się zobaczyć okolice i sprawdzić sprawę z moja kartą, ale gdy przebrałam i wyszykowałam Trzylatkę - ona zwyczajnie zasnęła. Więc siedzimy w piżamach, a właściwie wszyscy śpią, a ja piszę, oglądając wiadomości po tajlandzku;) Korzystam z sieci hotelowej i postaram się pisać, jakk długo będziemy mieli taką możliwość.

Freitag, 23. Januar 2009

Urlop

Dziś wieczorem wylatujemy, ale wogóle nie cieszy mnie wyjazd. Jesteśmy z Trzylatką totalnie opanowane przez choroby. Usiłuję myśleć, że ona już jest na prostej, a ja jakoś sobie poradzę. Ale od zeszłej soboty jestem totalnie załamana tym faktem. Oby to była dobra decyzja...
Jeśli faktycznie uda się nam kupic kartę i mieć dostęp do sieci, będę starała się na bieżąco zdawać relację z naszych poczynań.

Mittwoch, 21. Januar 2009

"Pręgi", reż. Magdalena Piekorz

W zeszłą sobotę obejrzałam "Pręgi". "Gnój" czytałam już dawno, poza treścią i że książka mi się podobała, niestety niewiele pamiętam. A po filmie zapragnęłam sobie książkę odświeżyć.
Sam film podobał mi się. Tematyka wiadomo brutalna - dla mnie oczywiste, że wychowanie w taki sposób pozostawi po sobie ślady. Dla ojca Wojtka nie, bo i w filmie widać, że na swój sposób syna kochał. Tyle że zupełnie swojego uczucia nie umiał wyrazić. Syna poniża, szykanuje, stosuje przemoc psychiczną i fizyczną. Wojtek zamienia się w trzesące się ze strachu, skurczone swtorzenie. Widok straszny i poruszający. Wierzyć się nie chce, że teraz ktoś tak może traktowac własne dzieci. Podejrzewam jednak, że coś takiego ma miejsce.
Druga część filmu ukazuje dorosłego Wojtka - człowieka samotnego, który z przestrachem zauważa, iż coraz bardziej upodabnia się do znienawidzonego ojca. Jego życie zmienia się pod wpływem Tatiany. I właśnie ta część filmu najmniej mnie przekonuje - trochę za szybko, za gładko następuje refleksja i zrozumienie siebie. Ale film wart obejrzenia, także ze względu na dobrą grę Jana Frycza i Michała Żebrowskiego.

"Pręgi", reż. Magdalena Piekorz, Jan Frycz jako ojciec, Wacław Adamczyk jako mały Wojtek, Michał Żebrowski jako dorosły Wojtek, Agnieszka Grochowska jako Tatiana, Polska 2004.

Freitag, 16. Januar 2009

Wpływ wiadomości

Czytam o awaryjnym lądowaniu airbusa na Hudson i łzy cisną mi się do oczu. Potem dowiaduję się, iz odnaleziono ciało zaginionej dziewczynki z Paderborn i juz płaczę. Zupełnie nie jestem odporna na wiadomości, im jestem starsza tym gorzej znoszę wiadomości smutne. Przestałam juz dawno oglądać telewizję, ale i radio i internet wystarczą, by mnie wzruszyć. Co robić?:)
Od wczoraj mamy dodatnie temperatury, śnieg topnieje, jest szaro, mgliście i bardzo nieprzyjemnie. Cieszę się, ze za tydzień będziemy juz tuz przed wylotem na urlop. Na razie rozpoczęliśmy juz przegląd rzeczy i sporządzanie ostatnich list zakupowych. Wczoraj usiłowałam się doliczyć ile razy moja Trzylatka leciała samolotem, przy dwudziestu spasowałam. Ale tylu godzin w samolocie jeszcze nie spędziła. Ciekawa jestem jak będzie. Mamy doświadczenie dwunastogodzinnej jazdy pociągiem, więc gorzej niż wtedy chyba nie powinno być.

Donnerstag, 15. Januar 2009

Brúðguminn, reż. Baltasar Kormákur

Pierwszy w tym roku obejrzany film:) Jedna z najnowszych islandzkich produkcji, Brúðguminn, tłumaczona na angielski jako "White NIght Wedding", znanego i lubianego przeze mnie rezysera Baltasara Kormákura. Film zapowiadał się na lekki, przyjemny i bardzo krajobrazowy. A jaki był? Na pewno krajobrazowy, warto go zobaczyć dla przepięknych zdjęć wyspy Flatey. Sama histroia oparta jest na sztuce Czechowa "Iwanow". Baltasar Kormákur zaadoptował ją do współczesności i przeniósł na Flatey. Wykładowca uniwersytecki w średnim wieku właśnie przygotowuje się do swojego drugiego ślubu z o połowę młodszą swoją studentką, która właśnie z Flatey pochodzi. Przygotowaniom tym towarzyszą wspomnienia wykładowcy - Jóna. Rok wcześniej przyjechał na wyspę ze swoją zoną. Anna była chorą psychicznie artystką, a ich wyjazd próbą odnalezienia siebie. Podczas gdy Anna tworzy i zamyka się w sobie, Jón angazuje się w wątpliwy projekt budowy pola golfowego na wyspie oraz poznaje Þorę. Więcej fabuły nie zdradzę:) Co mi się w filmie podobało? Niepowtarzalny islandzki klimat, ciekawe, dziwne osobowości, dowcipne sceny, gra aktorska, zwłascza matki Þory - Sissi. Jednak sam chwil nie zachwycił mnie az tak, jak inne filmy islandzkie. Czegoś mi brakło, do końca nie jest dla mnie jasne zakończenie. Myślę, ze celem Baltasara Kormákura było zmuszenie widza do zastanowienia się nad istotą miłości i zdrady (Jón wykłada właśnie na ten temat, posługując się poetyką Kanta) ale mam wrazenie, ze niezbyt mu to wyszło. Gdzieś to przesłanie między jedną, a drugą dowcipną sceną ginie i zamiast filmu, który zmusza do myślenia, dostajemy tylko lekką rozrywkę. Niemniej nie żałuję, iż film zobaczyłam i znów mam ochotę wrócić do znanych mi juz filmów z wyspy.
Brúðguminn, reż. Baltasar Kormákur, Hilmir Snær Guðnason jako Jón, Margrét Vilhjálmsdóttir jako Anna i Laufey Elíasdóttir jako Þóra, Islandia 2008.

Montag, 5. Januar 2009

Jest zima!

Czekaliśmy na nią trzy lata. Ostatnia była na przełomie lat 2005/2006, gdy miałam w domu maleńką córeczkę. W nocy sypnęło, temperatura ujemna, rażące w oczy słońce. Wszystko idealne, tylko ja w pracy, a Trzylatka w przedszkolu. Nie byłyśmy na sankach. Może do weekendu śnieg się utrzyma?
A dorga do pracy straszna. Najpierw rodzinnie zaspaliśmy, obudziłam nas o 8:40:) Mąż zajął się śniadaniem Trzylatki a ja popędziłam do pracy. Ha, popędziłam to złe słowo. Najpierw odkopałam auto, a potem jechałam z zawrotną prędkością 20-30 km/h. Niemcy to bardzo zdyscyplinowany naród - nikt się nie wyłamał. Wszyscy brnęli powolutku przez zasypane ulice. Ulice nie będą czarne, bo w Berlinie nie wolno używać soli, więc odśnieżana jest tylko wierzchnia warstwa śniegu. O ile droga do pracy była jeszcze przyjemna - żałowałam, że nie mam aparatu, by sfotografować te śnieżne cudna, jakie wyczarowała natura - to droga powortna była koszmarna. Szarówka, śliskie drogi, korki, wypadki i niecałe 10 km/h. Jechałam godzinę, a jutro przerzucam się na kolejkę. Zbyt niepewne dla mnie takie drogi. Ale zima niech trochę zostanie:)

Freitag, 2. Januar 2009

Noworocznie

Z Polski wróciliśmy tuż po świętach. Szukałam atmosfery dzieciństwa, ale nie potrafię jej już w sobie odszukać, a może wskrzesać. Brak mi już dziecięcej naiwności. Mam nadzieję jednak, że moja Trzylatka podobnie te magiczne dni przeżywa. Cieszę się, że mogła zobaczyć polską wigilię i pobyć w polskiej świątecznej atmosferze. Nie wiem czy coś akurat z tych świąt zapamięta, ale wierzę, że pozostanie w niej ogólne wrażenie. A same święta były udane, nie moge narzekać. Przede wszystkim objadłam się bez umiaru, napchałam świątecznych potraw jakbym sto lat jeść nie miała. Pysznie było!
W Polsce byliśmy w sumie krótko i właściwie stale w domu, więc spostrzeżen tym razem mam mało. Pierwsze to smród - okropny smród, po wjechaniu do pierwszego miasta, gdy opuściliśmy autostradę. Niemal z każdego komina unosi się ciemny dym, a w powietrzu zalega gęsty smog. Mimo że siedzieliśmy w samochodzie odczuliśmy zapach i zaczęły nam dokuczać oczy. Teraz jeżdżę po Berlinie i rozkoszuję się czystym powietrzem - mimo mnóstwa samochodów i wielkości miasta. Drugie co mnie uderzyło po raz już kolejny to wszechobecne szyldy. Każde miasto otoczone jest wianuszkiem billboardów, szyldów i reklam wszelkiej maści. Zaczynam podejrzewać, że tak ogromne nagromadzenie powyższych to polska specyfika, niestety bardzo szpecąca krajobraz. Owszem widywałam reklamy przy drogach dojazdowych do miast w wielu krajach, ale nie w takich ilościach!
Nastał nowy rok. Myślę po raz pierwszy o spisaniu kilku postanowień. Nigdy tego nie robiłam, ale w tym roku mam ochotę. Chciałabym kilka spraw uporządkować. Po pierwsze projekt zdjęciowy, który już właściwie jest na finiszu. Musze ukończyć album Trzylatki - wykleiłam na razie pierwszy rok - oraz zrobić album ze zdjęciami z ostatniego urlopu. Nie jest ich dużo, bo urlop był na pół gwizdka. Po drugie portugalski - wreszcie zacząć się porządnie uczyć! Po trzecie wrócić do genealogii - przejrzeć ten ogrom danych, które mam i je zafiszkować, uporządkowach, skatalogować. Jeszcze więcej czytać:) I chciałabym wreszcie zabrać się za opracowanie kaset, nakręconych kamerą. Jest ich mnóstwo, a ja nawet nie wiem, co na nich jest. Ogrom pracy! Mam nadzieję, że uda mi się choć kilka z tych spraw zrealizować. Dobrego Nowego Roku!