Gotthold Ephraim Lessing "Emilia Galotti"
Reżyseria: Michael Thalheimer, Deutsches Theater 27.09.2001
dominują krajobraz, a rozpoznać ich nie jest trudno. Drugim rodzajem turystów są tzw. "mixed couples" czyli właściwie mężczyźni z "wynajętą" na miejscu towarzyszką urlopu. Od czasu do czasu widać też zwykłe rodziny i pary, ale jest ich zdecydowanie mniej. Jutro czekają nas kolejne atrakcje, a w czwartek niestety opuszczamy to cudowne miejsce.
Dziś wiele nie napiszę, gdyż odpoczywaliśmy po atrakcjach na Koh Chang. Korzystaliśmy z morza, basenu, plaży, a po południu byliśmy pokazać Trzylatce małpę. Prawdziwą. Nasze gospodynie zatroszczyły się o to i zawiozły nas do hotelu, w którym owa małpka mieszka. Biedactwo mieszka samotnie, przywiązane do drzewa. Ale dwoiedzieliśmy się, że jest rozpiszczona i nie przepada za bananami, woli durian i rambutan oraz że była bardzo chora i właściciele zawieźli ją do lekarza. Dziś wygladała naa zdrową i nawet zjadła przywiezione przez nas banany. Trzylatce się podobała. Później wybraliśmy się jeszcze do specjalnej ścieżki w lesie namorzynowm. To obok akwarium drugi projekt ufundowany przez króla. 1,5 kilomterowa drewniana ściażka prowadzi przez specjalnie zaprojektowany i wysadzony las namorzynowy – wiele gatunków drzew jest opisanych, także struktura lasów, ich znaczenie oraz rodzaje korzeni. Droga jest świetnie założona, z mnóstwem ławeczek, opisów i mostem wiszącym. W pewnym momencie dociera do zatoki, którą właśnie namorzynyobrastają, podczas przypływu można tam wypoźyczyć kajak i obejrzeć lasy od strony wodnej. Na ścieżce ciągle upominałam Trzylatkę, żeby nie spadła w namorzyny, albo czegoś nie zgubiła. I oczywiściw spadł jej klapek, prosto w błoto, jakiś metr w dół. Biedaczka dostała histerii a my na syzbko kombinowaliśmy jak jej tego buta wyjąć. Najlepszym pomysłem było chwycenie Trzylatki za nogi i spuszczenie jej w dół, by buta chwyciła. Ale nie chciała. W końcu zmuszeni byliśmy zniszczyć jedno z królewskich drzew i ułamać sporą gałęź. But został uratowany, Trzylatka odetchnęła.
Podczas kolacji już standardowo przejmowana jest przez obsługę – dziewczyny z nią malują, rozpiszczają słodyczami i uczą ją tajskiego. Pytania są nadal na topie, w ciągu kilku minut można zostać zbombardowanym dziesięcioma pytanniami na przeróżne tematy. Główną ofiarą jestem ja. Teraz Trzylatka śpi, a ja ładuję akumulatory na jutro. Siedzę na patio – gdzieś dudni muzyka, ale ja słucham cykad i wdycham cudowne powietrze.
Jesteśmy w Chao Lao. Po śniadaniu pozbieraliśmy nasze bagaże i ruszyliśmy w drogę do promu. Nie bylibyśmy nami, gdybyśmy nie zboczyli z drogi. Zjechaliśmy w boczną drogę, prowadzącą w dolinę między górami i wjechaliśmy w palmowy gaj – palmy pochylały się nad wąską drogą, tworząc przepiękną aleję. Po jakimś czasie ustąpiły miejsca ogromnym bambusom, które również kołysały się nad drogą, tworząc wręcz tunel. Powyżej zbocza gór porastała nieprzebyta dżungla. Fascynuje mnie taka gęstwina. Udało nam się dojechać przed godziną 12 do promu, ale okazało się, że jest spora kolejka. Obawialiśmy się dwugodzinnego czekania, ale najwyraźniej zwiększono ilość kursów i dość szybko wjechaliśmy na pokład. Po przeprawie wracaliśmy tą samą drogą przez plantacje kauczuku i palm. W Chanchaolao wszyscy już wiedzieli o naszym przyjeździe i serdecznie nas powitano. Mamy znowu pokój z patio – tym razem bardzo dużym. W poniedziałek jest w Tajlandii święto narodowe i będzie nawał gości, pokoje już od dawna są zarezerwowane, więc będzemy musieli się dwa razy przeprowadzić:)
Morze nas zaskoczyło, czas odpływu się przesunął i akurat gdy przyjechaliśmz plaża powiększyła się przynajmniej o sto metrów. Najpierw oglądaliśmy różne ślimaki i muszle, które odkryło morze, a potem poszliśmy się ochłodzić, tzn wymoczyć, w ciepłym morzu. Trzylatka siedziała by w wodzie nonstop, więc przerzuciliśmy się jeszcze na basen, gdzie sama pływała. Na kolację poszliśmy do restauracji, gdzie dziewczyny już na nas, a zwłaszcza na Trzylatkę czekały. A i ona ucieszyła się i co chwilę zaglądała do kuchni i pozwalała się rozpieszczać. Ciągle też szukała Oh – szefowej, ale niestety dziś jej nie było.
Teraz na szczęście śpi, a ja siedzę na patio, na drewnianym łóżku, słucham cykad, ptactwa i gekonów, w tle szumi morze, powietrze jest wilogtne i gorące – dla mnie idealne. Mogłabym tu spędzić całą noc.
Jutro opuszczamy Koh Chang i wracamy do Chao Lao.
Cały dzień na wodzie! Wypożyczyliśmy małą żaglówkę, jolkę właściwie i szaleliśmy po zatoce, nad którą, a właście na której, mieszkamy. Wpierw dopłynęliśmy do małej wyspeki Koh Prao Nok, gdzie jest mała ale całkiem symaptyczna plaża. Po kąpieli i plażowaniu opłynęliśmy mieszcząca się w zatoce wyspę Koh Prao Nai. Nasza Trzylatka nie wychodzi z wody, więc znowu poszłam z nią na plażę, a M pocieszył się żaglówką sam. Gdy tylko przybył na plażę, Trzylatka wciągnęła go do wody. Nie ma szans na wyciągnięcie jej na plażę, cały czas pływa na plecach, na brzuchu, skacze, biega. Pełnia szczęścia. Nasza żaglówka to dość sportowy typ, więc po całym dniu byliśmy kompletnie mokrzy. Na kolację zamówiliśmy specjalność lokalu – rybę żyjącą w lasach namorzynowych. Napierw jest ona patroszona a jej mięso zpiekane w cieście, potem opieczone kawałki misternie układane są we wnętrzu ryby, tak że na półmisku prezentuje się cały okaz. Do tego mango i nerkowce. Pycha!
Na jutro planujemy spotkanie ze słoniami, Trzylatka z wrażenia nie mogła zasnąć:)
Jestesmy na Koh Chang – po dlugim dniu jestem zmeczona ale sprobuje jeszcze choc pare slow napisac. Gospodyni naszego hotelu bardzo serdecznie nas zegnala, az zal bylo nam wyjezdzac. Gdy odjezdzalismy, okazalo sie, ze w jednej z opon jest gwodz i ucieka powietrze. Pojechalismy wwiec do warsztatu samochodowego, gdzie wymieniono nam szybko opone na zapasowa. Na szczescie pomogla nam nasza tajska gospodyni, wiec cala procedura przebiegla bardzo sprawnie. Dopiero potem moglismy opuscic Chao Lao. Podazalismy droga wzdluz wybrzeza na wschod, by w okolicach Khleng wjechac na znana nam juz Sukhumvit Road. Gdy wjechalismy do prowincji Trat, skrecilismy na droge prowadzaca do Laem Ngep, gdzie podazylismy za znakami Center Point Ferry. Jechalismy przez calkiem bbezludne lesne tereny – zielen az gryzla w oczy, setki palm kolysaly sie na wietrze. Trudno bylo sobie wyobrazic, ze dotrzemy do brzegu. Ale faktycznie calkiem nagle dojechalismy do wybrzeza, tuz przed 13. Nie udalo nam sie jednak wjechac na prom odjezdzajacy o tej godzinie – byl juz pelny. Godzina czekania szybko nam zleciala i wjechalismy na prom. Przeprawa trwala 45 min. Wyspe widzielismy na horyzoncie – wysokie, zielone gory. Zachodnie wybrzeze jest bardziej znane ze wzgledu na piaszczyste plaze, na wschodzie dominuja lasy namorzynowe i wioski na palach. My zdecydowalismy sie na zamieszkanie na poludniowym-wschodzie. Dlatego też po zjechaniu z promu skreciliśmy w lewo. Droga otaczająca wyspę nie jest jeszcze ukończona, więc tylko tak mogliśmy dotrzeć do wybranego przez nas miejsca. Od razu uderzyła nas soczysta zieleń, ogromne góry porośnięte gęstą dżunglą. Taką dżungla, jaką sobie zawsze wyobrażałam, nieprzebytą, tajemniczą. Jadąc na południe obserwowaliśmy linię brzegową – faktycznie dominują tu namorzyny lub kamieniste wybrzeże. Droga wiła się wśród lasu i wzgórz aż w końcu dotarliśmy do jej końca. Znaleźliśmy się w Salak Phet, więkwszość domów na palach i las. Na samym końcu drogi zaparkowaliśmy i powęddrowaliśmy pieszo wąskim chodnikiem do mola prowadzącego do wybranego przez nas hotelu Island View Resort. Hotelik jest malutki, na palach 150 metrów od brzegu, prowadzony przez Niemca. Pokoje są urządzone dość skromnie ale niczego tu nie brak, wkoło nich jest taras i restauracyjka otraz mnóstwo jachtów. Właściciel oferuje jachty, katamarany oraz kajaki. Sam hotel mieści się w zatoce skąd widać wiele pobliskich wysp. Na najbliższej jest plaża, z której goście hotelowi mogą korzystać, pod warunkiem, że sami się do niej dostaną. My zostawiliśmy tylko nasz bagaż i pojechaliśmy na drugą stronę wyspy. Musieliśmy jechać całą drogę z powrotem aż na północ, gdzie zaczynają się niesamowite zakręty i podjazdy. Po minięciu ich dotarliśmy do słynnej White Sand Beach. Dla nas wielkie rozczarowanie – hotel obok hotelu, na plaży sporo ludzi, a sama plaża mimo odpływu dość wąska. Jak dla nas za dużo hoteli, resortów, knajp, restuaracji, turystów, ruchu i sklepów. Zjedliśmy tylko, kupili parę drobiazgów i wróciliśmy do nas. Wybierzemy się jeszcze raz obejrzeć całe wybrzeże zachodnie ale już teraz wiemy, że jest tam dla nas zbyt turystycznie. Cudowne są jedynie wysokie góry porośnięte dżungla, które opadają niemal do morza.
Nasza Trzylatka zaaklimatyzowała się w Tajlandii w czwarty dzień pobytu. Po fazie mnostwa pytań dotyczących buddyzmu, tajskich dzieci, języka i życia w Tajlandii, nastąpiła calkowita asymilacja. Na śniadanie wcina tajską ryżankę z krewetkami, na wszystkie inne okazje żąda ryżu z ananasem, krewetek lub innych ośmiornic. Próbuje pierwszych słów po tajlandzku, wykazuje pełne rozeznanie w tajskich sklepach i świątyniach, a dziś po przybyciu na Koh Chang całkiem profesjonalnie spytała: „Dobra mamo, to co tutaj można zobaczyć za zabytki? Co tu jest ciekawego?“. Teraz więc siedzimy i glowimy się co też ciekawego naszej Trzylatce możemy zaproponować i już mamy kilka pomysłów.
Zaliczylismy dzis kolejna „dziecieca“ atrakcje – Oasis Sea World. Ok. 20 km od nas, w lesie namorzynowym powstalo miejsce, gdzie mozna podziwiac delfiny. Nielatwo bylo je znalezc, na szczescie gdzieniegdzie byly angielskie drogowskazy. Akurat trafilismy na koncowke pokazu. Za chwilke mialo jednak rozpoczac sie plywanie z delifnami. Mimo ze miejsca trzeba rezerwowac wczesniej, udalo sie nam zalapac. M z Trzytlatka szybciutko sie przebrali w stroje, obcieli krociotuko paznokcie, oddali bizuterie i juz wskakiwali do wielkiej niecki z woda. Niema godzine mogli dotykac, przytulac, glaskac, calowac delfiny a takze z nimi plywac. Zrobilam setke zdjec! Gdy wyszli z wody obejrzelismy pokaz akrobacji delfinow, a potem ja zalapalam sie rowniez na plywanie z delfinami, choc nie jestem zwolenniczka i fanka takich atrakcji. Jednak naprawde bylo swietnie! Po tylu atrakcjach bylismy niezle wykonczeni, po drodze zakupilismy znow za bezcen owoce i zjedlismy swietne tajskie dania w malym resorcie nad laguna. W naszym hotelu juz na nas czekano – dziewczyna z restauracji dzwonila zapytac czy przyjedziemy na kolacje;) My jednak wpierw popedzielismy do morza – nadal tak cieplego, ze po prostu siedzimy na piaszczystym dnie i pozwalamy falom nas oblewac. Nawet nasza Trzylatka to uwielbia. Potem jak zwykle wskoczylismy wszyscy troje do wanny pod golym niebiem. Co za rozkosz!!! Az szkoda nam opuszczac to miejsce i jego sympatyczne wlascicielki. Jutro jednak ruszamy na Koh Chang.
P.S. Przepraszam za brak polskich literek. Niestety komputer oodmowil w tej kwestii wspolpracy.