Mittwoch, 25. Februar 2009

"Emilia Galotti" 24.02

Michael Thalheimer przyciął nieco sztukę, wyrzucił wszystkie ozdobniki i postawił, jak zawsze, na minimalizm. Aktorzy wchodzą na scenę jak po wybiegu. A scena to właściwie parkiet ograniczony po obu stronach ścianami z dykty. Aktorzy wchodzą z tyłu i pędzą jak modele do samego przodu, gdzie w zawrotnym tempie wypowiadają swoje kwestie. Słowa nie wydają się być ważne, zresztą trudno zrozumieć każde z nich. Najważniejszym mechanizmem, kierującym działaniem jest uczucie. Liczą się gesty, mimika, niewypowiedziane i wyszeptane słowa, obrazy i kształty. Książę nie dotyka Emilii, zapamiętuje jej obraz nakreślając rękami jej sylwetkę. Regine Zimmermann odgrywa Emilię oszczędnie, ukazując kamienną twarz. W ostatniej scenie dopiero zmienia swój głos szepcząc aż wreszcie krzycząc, co nadaje jej wypowiedzi podtekst erotyczny - tak, jest zbudowana z ciała i krwi, oświadcza ojcu. Książę - Sven Lehmann - to ślepo dążący do celu, niepewny osobnik. Najbardziej błyskotliwa rola to Ingo Hülsmann jako Marinelli. Po raz trzeci widziałam tego aktora i jestem zachwycona jego grą. Marinelliego i jego intrygi odtwarza rewelacyjnie, wspaniale używając mimiki i gestów.
W czasie spektaklu wydaje się, że aktorzy grają w rytmie walca, który niemal ciągle im towarzyszy. Bert Wrede wybrał motyw muzyczny z filmu "In the mood for love" (pod linkiem można jej posłuchać), który raz ciszej, raz głośniej steruje postaciami. Ich serca wydają się bić w rytmie muzyki. Najbardziej poruszyła mnie scena końcowa - wywołująca wręcz dreszcze. Niezapomniana!

Źródło: deutsches-theater.de

Gotthold Ephraim Lessing "Emilia Galotti"
Reżyseria: Michael Thalheimer, Deutsches Theater 27.09.2001

Montag, 16. Februar 2009

Refleksji ciąg dalszy

Język
Gdy podróżujemy staramy się nauczyć jak najwięcej zwrotów w języku kraju, w którym przebywamy. Po tajsku ciężko się nauczyć czegoś więcej niż pojedyncze słowa i zworty. Trzylatka radziła sobie całkiem nieźle. Słuchowo jednak trudno pojąć różnicę między pięcioma tonacjami, a potem trudno nie popełnić gafy nawet tylko powtarzając słówka. Mnie najbardziej przeraża ilość samogłosek, których podobno jest 28 na 44 litery alfabetu. Dla Polaka niemal niewykonalne! Trochę więcej podstawowych informacji znalazłam w Wikipedii.

Ekologia
Obawiam się, że jest w powijakach. Przerażała mnie wszechobecność worków i reklamówek. Każdy zakup ląduje w osobnej reklamówce lub wręcz mikroskpoijnej reklamóweczce, jedzenie sprzedawane jest w workach, woreczkach i wszelkich wariacjach na ten temat. Pełne danie można kupić na ulicy właściwie na wynos. W tym celu zostanie ono zapakowane w woreczek foliowy. Takie gotowe worki z potrawami moźna nawet kupić w supermarketach. Przerażał mnie ten zalew opakowań wszelakich i ogromna produkcja śmieci.

Sonntag, 15. Februar 2009

Powrót i refleksje

Lot jak lot - długi i urozmaicony wszelakimi pytaniami Trzylatki, tym razem głównie o zabijaniu:/ W domu przywitały nas dwa stopnie minus, chłodny wiatr i lekki śnieg. Nie będę wspominać o ogołoconych drzewach i szarym nisko wiszącym niebie. Po eksplozji zieleni taki krajobraz aż boli.
A o Tajlandii jeszcze trochę chciałam napisać. Moje subiektywne spostrzeżenia, być może część z nich nie jest zgodna z rzeczywistością. Jeśli tak, mam nadzieję to kiedyś zweryfikować. To była m oja druga podróż do Tajlandii. Ostatni raz byliśmy tam dziesięć lat temu i nie mieliśmy tak bliskiego kontaktu z tubylcami. Wiele wrażeń się zatarło, więc ten wyjazd przeżywałam częściowo jako świeży.

Jedzenie
Tajlandczycy kochają przegryzki, ciągle coś jedzą. Tam, gdzie są ludzie, niewiadomo skąd pojawiają się od razu garkuchnie na kółkach, gdzie można kupić malutkie szaszłyki z niemal wszystkiego, wózki, gdzie można kupić pokrojone na kwałki owoce, stoiska z napojami i czym tylko dusza zapragnie. W każdej wiosce mieści się też malutki market, w którym można głównie kupić czipsy i inne wysokokaloryczne i średnio zdrowe przegryzki plus słodkie napoje. Poza tym tajską kuchnie uwielbiamy za wszystko:)

Dzieci
Jest ich dużo, wszędzie widać maluchy. Przy stoiskach otwartych do późna w nocy stoją zaimprowizowane kołyski albo chodziki, gdzie drzemią lub siedzą dzieci pod okiem pracujących matek. Zaskoczyła mnie duża ilość grubych maluchów, co jednak w kombinacji z powyższym przestaje mnie dziwić. Widok dziecka w piżamie z paczką czipsów w ręce nie jest rzadki. Po zachowaniu wobec naszej Trzylatki sądzę również, że dzieci dostają słodycze przy każdej okazji. Nieprzyzwyczajona do takich ilości Trzylatka odmawiała, co spotykało się z ogromnym zdumieniem. Nie widziałam prawie wogóle dzieci przy piersi (3 razy w tym dwoje cudzoziemców), za to mnóstwo dzieci z butelką w ręce.
Tajlandczycy uwielbiają dzieci, europejskie dzieci są wielką atrakcją - nasza Trzylatka była ciągle, naprawdę ciągle, zagadywana i dotykana.

Drogi
Są całkiem porządne. Ruch lewostronny na szczęście dla M. nie był problemem. Zaskoczyła nas niewielka ilość znaków drogowych, zwłaszcza ograniczeń prędkości oraz zdyscyplinowana jazda Tajlandczyców. Jako pojazdów używają niemal wszystkiego - zdezelowanych ciężarówek, pikapów, gdzie z tyłu siedzi kilkanaście osób, często na jakiś towarach, motorowerów, na krórych siedzi przynajmniej kilka osób wraz z niemowlętami, motorowerów z dobudowanymi przyczepami bocznymi, gdzie siedzą dzieci. Niemal każdy z tych pojazdów zostałby w Niemczech wyłączony z ruchu w trybie natychmiastowym. Podejrzewamy, że ilość wypadków przy użyciu takich pojazdów wzrosłaby lawinowo. A w Tajlandii wydaje się być spokojnie - nikt nie jedzie szybko, nikt nie pcha się na pierwszego, nikt nie trąbi i nie denerwuje się. Naprawdę komfortowe warunki jazdy.

Na razie kończę moją relację, powalczę z jet lagiem:)

Pattaya dzień ostatni

Dzień ostatni spędziliśmy bardzo relaksowo, próbując nie poddać się depresji. Po południu, gdy upał nieco zelżał wybraliśmy się znów do centrum. Tym razem obejrzeliśmy słynną Walking street, przy której mieszczą się różnorakie miejsca uciech. Trzylatka zadała kilka kłopotliwych pytań na temat skąpo ubranych pań przed lokalami, ale jakoś wybrnęłam. Na koniec pozwoliliśmy sobie już na ostatni masaż na tym urlopie - ja nogi, a M głowa i plecy. M. wybył do innego pomieszczenia a ja zostałam z Trzylatką, której uroda zadziałała jak zawsze. Masażystki padały przed nią niemal na kolana, a gdy zaczęła prezentować swoją znajomość tajskiego były bliskie szoku;) Tym sposobem nasza Trzylatka dostała swój pierwszy w życiu tajski masaż i była przeszczęśliwa. Do hotelu dotarliśmy bardzo późno a tam musiałam upchać po walizkach nasze manatki - nie było to łatwe ale jakoś się udało. Żegnaj cudowna Tajlandio:(

Pożegnanie z Chao Lao

Pożegnanie trwało ponad 2 godziny;) Rano jeszcze wskoczyliśmy do morza i ostatni raz posiedzieliśmy na plaży w cieniu kazuaryn. Koło południa udaliśmy się po wiszącym moście na ostatni lancz w naszej restauracji. A tam czekały już wszystkie trzy szefowe. Po zjedzeniu koniecznie musieliśmy pójść do kuchni, bo akurat ich mama przywiozła wielką płaszczkę. Atmosfera jak zwykle była świetna. Dzień wcześniej przyjechali nowi goście: Tajka z mężem Niemcem. Oni już siedzieli razem z dziewczynami z restauracji na zewnątrz i przyglądali się sprawianiu ryby. Oh krążyła ciągle z jakimiś przysmakami, wszak Tajlnadczycy ciągle coś przegryzają. Więc pogryzaliśmy a to zielone mango, a to świeżuteńką ugrilowaną ośmiornicę, a to bananka i rozmawialiśmy. Trzylatka niestrudzenie zadawała pytania na temat uśmiercania ryb wprowazdając w zakłopotanie Oh. I tak siedzielibyśmy do wieczora, gdyby czas nas nie gonił. Na pożegnanie dostaliśmy paczkę z bananami i ulubionymi ciasteczkami Trzylatki oraz pamiątkę ze zdjęciami z naszego wieczoru nauki gotowania. Nor robiła ciągle zdjęcia, które dziewczyny wymyślnie poukładały na stronie formatu A4 i dały wywołać. Nie muszę chyba pisać jak byliśmy zaskoczeniu. Po niezlicoznych uściskach i całusach wyruszyliśmy do Pattayi, gdzie bez problemu dotarliśmy w dwie godziny. Trzylatka pospała w aucie, więc mogliśmy się wybrać na miasto. Postanowiliśmy zobaczyć największe centrum handlowe. Ależ to dla nas był szok - turyści, gwar, tłum, chaos. Po cudownie spokojnych chwilach w Chanchaolao odczuwałam to jako nieprzyjemną ingerencję. Zaskoczona jestem ilu Rosjan bądź pewnie innych obywateli byłych republik widać na ulicach. Praktycznie Blocksatzdominują krajobraz, a rozpoznać ich nie jest trudno. Drugim rodzajem turystów są tzw. "mixed couples" czyli właściwie mężczyźni z "wynajętą" na miejscu towarzyszką urlopu. Od czasu do czasu widać też zwykłe rodziny i pary, ale jest ich zdecydowanie mniej.

Mittwoch, 11. Februar 2009

Wycieczka

Dziś Oh zajęła się organizacją naszego czasu wolnego. Najpierw zabrała nas do swojego rodzinnego miasta Tha Mai. Po drodze wstąpiliśmy do kafejki jej przyjaciół. Okazało się, że mają własną palarnię kawy, którą mogliśmy obejrzeć. M od razu zakupił kilka paczek kawy, bo podobno dobra. Nie wiem, ja zadowoliłam się czekoladą na zimno. Potem udaliśmy się do główengo punktu naszej wizyty, czyli do szlifierni kamieni szlachetnych brata Oh. Prowincja Chanthaburi słynie z obróbki kamieni szlachetnych, a zwłaszcza z czerwonego szafiru. Szlifiernia znajdowała się w podwórzu jednego z domów w centrum miasta. Z przodu przy jednym z biurek segregowane były drobne kamyczki rubinu. Przy kolejnym stanowisku robin otrzymywał pierwszy szlif i kształt. Następne stoisko to poprawianie kształtu a ostatnie dwa to dopracowywanie szlifu. Mogliśmy wszystkiego dotknąć, obejrzeć, zadawać pytania. W drodzej powrotnej zatrzymaliśmy się przy targu, gdzie sporo dowiedzieliśmy się o jeszcze nam nieznanych potrawach i kupiliśmy rambutan. Sezon owocowy zaczyna się dopiero w kwietniu, więc na razie na rambutan i mangosteen trzeba polować. Na koniec zaliczyliśmy mały sklepik z produktami z owoców. Kupiliśmy mydła z mangosteen, owocowe żele do kąpieli i przede wszystkim czipsy z durianu. Smakują całkiem dobrze i nawet nie śmierdzą. Ale skosztowanie ciasta z durianu było dla mnie niemal traumatycznym przeżyciem, M smakowało:/
Ostatnia atrakcja czekała nas wieczorem. Nauka gotownia. Wszystkie trzy szefowe stawiły się w restauracji, produkty już były przygotowane, a każde z nas dostało fartuch. Gotowaliśmy Tom Yam Kung i poszło nam całkiem nieźle. Mieliśmy naprawdę dużo radochy przy szykowaniu jarzyn i sprawianiu krewetek. Już się nie mogę doczekać aż poćwiczymy sami w domu.

Dienstag, 10. Februar 2009

Wat Khao Sukin

Wybraliśmy się do Wat Khao Sukin. To wielka świątynia obejmująca obszar ponad 82 ha i położona na stoku góry. U podnóża znajduje się mnóstwo ogromnych statui Buddy, wielki staw oraz mnóstwo stoisk z jedzeniem. Do głównych budynków wjeżdża się kolejką zębatą.Najpierw zagłębiliśmy się w teren świątyni. Na zboczu, pośród lasu rozsianych jest sporo budynków, kręcą się mnisi w pomarańczowych szatach, panuje spokój i cisza. Drzewa pośród których mieszczą się budynki są ogromne, nie widać ich czubków. W głównym budynku mieści się coś na kształt muzeów – wiele sal wypełnionych jest znaleziskami archeologicznymi, misternie rzeźbionymi meblami oraz wizerunkami Buddy wszelakich rozmiarów i wykonanymi z różnorakich materiałów. W jednej z sal pośród dwu- i trzymetrowych chińskich waz mieszczą się woskowe figury zmarłych mnichów – robią niesamowite wrażenie, bo wykonane są idealnie. Na koniec wróciliśmy do głównej hali, gdzie kupiliśmy kosz z produktami żywnościowymi i artykułami drogeryjnymi. Taki kosz to dar dla klasztoru. Trzylatka zaniosła go do mnicha, tam wrzuciła pieniądze, postawiła kosz na specjalnie prszez mnicha rozłożonej szarfie, a potem musiałyśmy kleknąć a mnich nas pobłogosławił i pokropił. Na koniec Trzylatka dostała wafelka i plecioną bransoletkę. Niesamowite przeżycie. Trzylatka była tak zmęczona wrażeniami, że po raz pierwszy usnęła w aaucie i spała jeszcze nawet po przeniesieniu do hotelu ponad dwie godziny. Pewnie dlatego nadal tutaj skacze i szaleje. Wieczorem mieliśmy jeszcze jedną atrakcję – lekcje gotowania w hotelowej kuchni. Wszystkie trzy szefowe i cała obsługa uczyły nas gotwać tam yam kung. Było wesoło i ciekawie, dostaliśmy fartuchy, Trzylatka ze mną szykowała warzywa, a M uczył się sprawiać wielkie krewetki. Wyszło pysznie!

Jutro czekają nas kolejne atrakcje, a w czwartek niestety opuszczamy to cudowne miejsce.

Montag, 9. Februar 2009

Chanthaburi 6.02

Planowaliśmy wyjazd do Chanthaburi ale Trzylatka chciała bawić się ze swoją tajską koleżanką, więc zostaliśmy na plaży. Później przyjechała długo wyczekiwana przez nią Oh, tak więc wypad dod miasta przesunął się na popołudnie. Do Chanthaburi mamy zaledwie niecałe 30 kilometrów. To ciekawe miasto, zachowało się sporo budynków z końca XIX w oraz katolicka katedra, zbudowana przez napływowych Wietnamczyków. Katdera jest w remoncie, więc jej nie zwiedziliśmy. Za to pochodziliśmy po pełnych ludzi ulicach starego miasta. Chanthaburi słynie z owoców i przede wszystkim z handlu kamieniami szlachetnymi zwłaszcza tajskim czerwonym szafirem. Trafiliśmy na ulice, gdzie w każdym sklepie liczono i handlowano kamieniami. Trzylatce było gorąco i marudziła, więc zbyt długo nie pochodziliśmy. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do Tesco, gdzie właściwie każdy chciał ddotknąć albo przyjrzeć się Trzylatce. Jednym słowem stanowiliśmy atrakcję. Wróciliśmy dość późno, ale nasze dziecko kocha swoje rytuały więc zmusiło nas do wyjścia do restauracji. Gdy właśnie byliśmy w drodze, zamknięto a Trzylatka dostała histerii. Wszystkie dziewczyny z restauracji oraz szefowe do nas przybiegły. Trzylatka została zasypana pieszczotami, a Oh była gotowa owtorzyć restraurację specjlanie dla niej. Jakoś udało się nam ją przekonać, że nie trzeba, a Trzylatkę uspokoić. Hotel jest pełniutki, my rano przeprowadziliśmy się do innego pokoju, by udostępnić nasz bungalow innym gościom, którzy wcześniej go zarezerwowali. Ciekawa jestem jak jutro będzie wyglądała nasza spokojna plaża. 

Sprawozdanie z soboty dopiero dzis, bo mielismy problemy z netem. A ostatnie dwa dni spedzilismy na leniuchowaniu:)

Freitag, 6. Februar 2009

Malpka

Dziś wiele nie napiszę, gdyż odpoczywaliśmy po atrakcjach na Koh Chang. Korzystaliśmy z morza, basenu, plaży, a po południu byliśmy pokazać Trzylatce małpę. Prawdziwą. Nasze gospodynie zatroszczyły się o to i zawiozły nas do hotelu, w którym owa małpka mieszka. Biedactwo mieszka samotnie, przywiązane do drzewa. Ale dwoiedzieliśmy się, że jest rozpiszczona i nie przepada za bananami, woli durian i rambutan oraz że była bardzo chora i właściciele zawieźli ją do lekarza. Dziś wygladała naa zdrową i nawet zjadła przywiezione przez nas banany. Trzylatce się podobała. Później wybraliśmy się jeszcze do specjalnej ścieżki w lesie namorzynowm. To obok akwarium drugi projekt ufundowany przez króla. 1,5 kilomterowa drewniana ściażka prowadzi przez specjalnie zaprojektowany i wysadzony las namorzynowy – wiele gatunków drzew jest opisanych, także struktura lasów, ich znaczenie oraz rodzaje korzeni. Droga jest świetnie założona, z mnóstwem ławeczek, opisów i mostem wiszącym. W pewnym momencie dociera do zatoki, którą właśnie namorzynyobrastają, podczas przypływu można tam wypoźyczyć kajak i obejrzeć lasy od strony wodnej. Na ścieżce ciągle upominałam Trzylatkę, żeby nie spadła w namorzyny, albo czegoś nie zgubiła. I oczywiściw spadł jej klapek, prosto w błoto, jakiś metr w dół. Biedaczka dostała histerii a my na syzbko kombinowaliśmy jak jej tego buta wyjąć. Najlepszym pomysłem było chwycenie Trzylatki za nogi i spuszczenie jej w dół, by buta chwyciła. Ale nie chciała. W końcu zmuszeni byliśmy zniszczyć jedno z królewskich drzew i ułamać sporą gałęź. But został uratowany, Trzylatka odetchnęła.

Podczas kolacji już standardowo przejmowana jest przez obsługę – dziewczyny z nią malują, rozpiszczają słodyczami i uczą ją tajskiego. Pytania są nadal na topie, w ciągu kilku minut można zostać zbombardowanym dziesięcioma pytanniami na przeróżne tematy. Główną ofiarą jestem ja. Teraz Trzylatka śpi, a ja ładuję akumulatory na jutro. Siedzę na patio – gdzieś dudni muzyka, ale ja słucham cykad i wdycham cudowne powietrze.  

Donnerstag, 5. Februar 2009

Z powrotem w Chao Lao

Jesteśmy w Chao Lao. Po śniadaniu pozbieraliśmy nasze bagaże i ruszyliśmy w drogę do promu. Nie bylibyśmy nami, gdybyśmy nie zboczyli z drogi. Zjechaliśmy w boczną drogę, prowadzącą w dolinę między górami i wjechaliśmy w palmowy gaj – palmy pochylały się nad wąską drogą, tworząc przepiękną aleję. Po jakimś czasie ustąpiły miejsca ogromnym bambusom, które również kołysały się nad drogą, tworząc wręcz tunel. Powyżej zbocza gór porastała nieprzebyta dżungla. Fascynuje mnie taka gęstwina. Udało nam się dojechać przed godziną 12 do promu, ale okazało się, że jest spora kolejka. Obawialiśmy się dwugodzinnego czekania, ale najwyraźniej zwiększono ilość kursów i dość szybko wjechaliśmy na pokład. Po przeprawie wracaliśmy tą samą drogą przez plantacje kauczuku i palm. W Chanchaolao wszyscy już wiedzieli o naszym przyjeździe i serdecznie nas powitano. Mamy znowu pokój z patio – tym razem bardzo dużym. W poniedziałek jest w Tajlandii święto narodowe i będzie nawał gości, pokoje już od dawna są zarezerwowane, więc będzemy musieli się dwa razy przeprowadzić:)

Morze nas zaskoczyło, czas odpływu się przesunął i akurat gdy przyjechaliśmz plaża powiększyła się przynajmniej o sto metrów. Najpierw oglądaliśmy różne ślimaki i muszle, które odkryło morze, a potem poszliśmy się ochłodzić, tzn wymoczyć, w ciepłym morzu. Trzylatka siedziała by w wodzie nonstop, więc przerzuciliśmy się jeszcze na basen, gdzie sama pływała. Na kolację poszliśmy do restauracji, gdzie dziewczyny już na nas, a zwłaszcza na Trzylatkę czekały. A i ona ucieszyła się i co chwilę zaglądała do kuchni i pozwalała się rozpieszczać. Ciągle też szukała Oh – szefowej, ale niestety dziś jej nie było.

Teraz na szczęście śpi, a ja siedzę na patio, na drewnianym łóżku, słucham cykad, ptactwa i gekonów, w tle szumi morze, powietrze jest wilogtne i gorące – dla mnie idealne. Mogłabym tu spędzić całą noc.  

Mittwoch, 4. Februar 2009

Słonie

Słonie były świetne! Ale od początku. Po śniadaniu pojechaliśmy wpierw na drugą stronę wyspy – przy okazji zawieźliśmy w naszym hotelu poznaną parę do ich nowego hotelu. Dojechaliśmy aż za plażę Klong Prao Beach do pięknego punktu widokowego, skąd widać było pięknie małe wysepki Ko Rom, Ko Yuak itd. W drodze do Elephant Camp zahaczyliśmy jeszcze o wulkanizację, żeby naprawić naszą oponę. Zdążyliśmy na czas i znaleźliśmy bez problemu słonie. Stały dostojnie i czekały na gości. Musieliśmy trochę czekać, dostaliśmy ananas i napoje. Po jakimś czasie ruszyliśmy za dwoma słoniami do rzeki, gdzie mogliśmy się z nimi kąpać. Szybciutko przebraliśmy się i chlup do wody. Trzylatka chciała tylko taty. Weszła z nim nawet na słonia, trochę się bała ale się dzielnie trzymała. Wtedy słoń wypuścił z trąby fontannę wody prosto w jej twarz. Jej ryk niósł się pewnie po całej dżungli. Kąpieli ze słoniem sobie nie odpuściłam, wdrapałam się na niego – ale cielsko! Oczywiście słoń oblał mnie wodą prosto z trąby, cały się zanurzył nawet. Niesamowite przeżycie. Potem wróciliśmy z powrotem do punktu wyjścia, gdzie wsidaliśmy na słonie i ruszyliśmy do dżungli. Bardzo dziwne uczucie – słoń porusza się wolno i nieźle trzęsie. Szliśmy baardzo wąskimi i stromymi ścieżkami. Gdy nasza słonica schodziła w dół, mieliśmy wrażenie, że zaraz z niej spadniemy. Widoki na dżunglę były wspaniałe. Trzylatka była zafascynowana wielkimi dtrzewami i dziczą. Na koniec M sam siedział z przodu na głowie słonia a nasz przewdonik szedł obok i robił zdjęcia. Bardzo się nam podobało! Po tej ekspedycji wybraliśmy się jeszcze na same południe wyspy. Obejrzeliśmy kilka plaż, żadna nas nie zachwyciła. Klong Prao jest bardzo wąska i niezbyt urokliwa, Bai Lan Bay całkiem kamienista.Wróciliśmy więc do White Sand Beach na kolację i potem prosto do naszgeo hotelu. Trzylatka była taka rozemocjonowana wrażeniami, że calutką drogę opowiadała: bajki i historie o słoniach. Jej pytania są coraz ciekawsze a historie, które wymyśla rzucają nas na kolana. Zastanawiamy się skąd ma takie pomysły.

Jutro opuszczamy Koh Chang i wracamy do Chao Lao.

Dienstag, 3. Februar 2009

Na żaglach

Cały dzień na wodzie! Wypożyczyliśmy małą żaglówkę, jolkę właściwie i szaleliśmy po zatoce, nad którą, a właście na której, mieszkamy. Wpierw dopłynęliśmy do małej wyspeki Koh Prao Nok, gdzie jest mała ale całkiem symaptyczna plaża. Po kąpieli i plażowaniu opłynęliśmy mieszcząca się w zatoce wyspę Koh Prao Nai. Nasza Trzylatka nie wychodzi z wody, więc znowu poszłam z nią na plażę, a M pocieszył się żaglówką sam. Gdy tylko przybył na plażę, Trzylatka wciągnęła go do wody. Nie ma szans na wyciągnięcie jej na plażę, cały czas pływa na plecach, na brzuchu, skacze, biega. Pełnia szczęścia. Nasza żaglówka to dość sportowy typ, więc po całym dniu byliśmy kompletnie mokrzy. Na kolację zamówiliśmy specjalność lokalu – rybę żyjącą w lasach namorzynowych. Napierw jest ona patroszona a jej mięso zpiekane w cieście, potem opieczone kawałki misternie układane są we wnętrzu ryby, tak że na półmisku prezentuje się cały okaz. Do tego mango i nerkowce. Pycha!

Na jutro planujemy spotkanie ze słoniami, Trzylatka z wrażenia nie mogła zasnąć:)

Montag, 2. Februar 2009

Koh Chang

Jestesmy na Koh Chang – po dlugim dniu jestem zmeczona ale sprobuje jeszcze choc pare slow napisac. Gospodyni naszego hotelu bardzo serdecznie nas zegnala, az zal bylo nam wyjezdzac. Gdy odjezdzalismy, okazalo sie, ze w jednej z opon jest gwodz i ucieka powietrze. Pojechalismy wwiec do warsztatu samochodowego, gdzie wymieniono nam szybko opone na zapasowa. Na szczescie pomogla nam nasza tajska gospodyni, wiec cala procedura przebiegla bardzo sprawnie. Dopiero potem moglismy opuscic Chao Lao. Podazalismy droga wzdluz wybrzeza na wschod, by w okolicach Khleng wjechac na znana nam juz Sukhumvit Road. Gdy wjechalismy do prowincji Trat, skrecilismy na droge prowadzaca do Laem Ngep, gdzie podazylismy za znakami Center Point Ferry. Jechalismy przez calkiem bbezludne lesne tereny – zielen az gryzla w oczy, setki palm kolysaly sie na wietrze. Trudno bylo sobie wyobrazic, ze dotrzemy do brzegu. Ale faktycznie calkiem nagle dojechalismy do wybrzeza, tuz przed 13. Nie udalo nam sie jednak wjechac na prom odjezdzajacy o tej godzinie – byl juz pelny. Godzina czekania szybko nam zleciala i wjechalismy na prom. Przeprawa trwala 45 min. Wyspe widzielismy na horyzoncie – wysokie, zielone gory. Zachodnie wybrzeze jest bardziej znane ze wzgledu na piaszczyste plaze, na wschodzie dominuja lasy namorzynowe i wioski na palach. My zdecydowalismy sie na zamieszkanie na poludniowym-wschodzie. Dlatego też po zjechaniu z promu skreciliśmy w lewo. Droga otaczająca wyspę nie jest jeszcze ukończona, więc tylko tak mogliśmy dotrzeć do wybranego przez nas miejsca. Od razu uderzyła nas soczysta zieleń, ogromne góry porośnięte gęstą dżunglą. Taką dżungla, jaką sobie zawsze wyobrażałam, nieprzebytą, tajemniczą. Jadąc na południe obserwowaliśmy linię brzegową – faktycznie dominują tu namorzyny lub kamieniste wybrzeże. Droga wiła się wśród lasu i wzgórz aż w końcu dotarliśmy do jej końca. Znaleźliśmy się w Salak Phet, więkwszość domów na palach i las. Na samym końcu drogi zaparkowaliśmy i powęddrowaliśmy pieszo wąskim chodnikiem do mola prowadzącego do wybranego przez nas hotelu Island View Resort. Hotelik jest malutki, na palach 150 metrów od brzegu, prowadzony przez Niemca. Pokoje są urządzone dość skromnie ale niczego tu nie brak, wkoło nich jest taras i restauracyjka otraz mnóstwo jachtów. Właściciel oferuje jachty, katamarany oraz kajaki. Sam hotel mieści się w zatoce skąd widać wiele pobliskich wysp. Na najbliższej jest plaża, z której goście hotelowi mogą korzystać, pod warunkiem, że sami się do niej dostaną. My zostawiliśmy tylko nasz bagaż i pojechaliśmy na drugą stronę wyspy. Musieliśmy jechać całą drogę z powrotem aż na północ, gdzie zaczynają się niesamowite zakręty i podjazdy. Po minięciu ich dotarliśmy do słynnej White Sand Beach. Dla nas wielkie rozczarowanie – hotel obok hotelu, na plaży sporo ludzi, a sama plaża mimo odpływu dość wąska. Jak dla nas za dużo hoteli, resortów, knajp, restuaracji, turystów, ruchu i sklepów. Zjedliśmy tylko, kupili parę drobiazgów i wróciliśmy do nas. Wybierzemy się jeszcze raz obejrzeć całe wybrzeże zachodnie ale już teraz wiemy, że jest tam dla nas zbyt turystycznie. Cudowne są jedynie wysokie góry porośnięte dżungla, które opadają niemal do morza.

Nasza Trzylatka zaaklimatyzowała się w Tajlandii w czwarty dzień pobytu. Po fazie mnostwa pytań dotyczących buddyzmu, tajskich dzieci, języka i życia w Tajlandii, nastąpiła calkowita asymilacja. Na śniadanie wcina tajską ryżankę z krewetkami, na wszystkie inne okazje żąda ryżu z ananasem, krewetek lub innych ośmiornic. Próbuje pierwszych słów po tajlandzku, wykazuje pełne rozeznanie w tajskich sklepach i świątyniach, a dziś po przybyciu na Koh Chang całkiem profesjonalnie spytała: „Dobra mamo, to co tutaj można zobaczyć za zabytki? Co tu jest ciekawego?“. Teraz więc siedzimy i glowimy się co też ciekawego naszej Trzylatce możemy zaproponować i już mamy kilka pomysłów.

Sonntag, 1. Februar 2009

01.02

Zaliczylismy dzis kolejna „dziecieca“ atrakcje – Oasis Sea World. Ok. 20 km od nas, w lesie namorzynowym powstalo miejsce, gdzie mozna podziwiac delfiny. Nielatwo bylo je znalezc, na szczescie gdzieniegdzie byly angielskie drogowskazy. Akurat trafilismy na koncowke pokazu. Za chwilke mialo jednak rozpoczac sie plywanie z delifnami. Mimo ze miejsca trzeba rezerwowac wczesniej, udalo sie nam zalapac. M z Trzytlatka szybciutko sie przebrali w stroje, obcieli krociotuko paznokcie, oddali bizuterie i juz wskakiwali do wielkiej niecki z woda. Niema godzine mogli dotykac, przytulac, glaskac, calowac delfiny a takze z nimi plywac. Zrobilam setke zdjec! Gdy wyszli z wody obejrzelismy pokaz akrobacji delfinow, a potem ja zalapalam sie rowniez na plywanie z delfinami, choc nie jestem zwolenniczka i fanka takich atrakcji. Jednak naprawde bylo swietnie! Po tylu atrakcjach bylismy niezle wykonczeni, po drodze zakupilismy znow za bezcen owoce i zjedlismy swietne tajskie dania w malym resorcie nad laguna. W naszym hotelu juz na nas czekano – dziewczyna z restauracji dzwonila zapytac czy przyjedziemy na kolacje;) My jednak wpierw popedzielismy do morza – nadal tak cieplego, ze po prostu siedzimy na piaszczystym dnie i pozwalamy falom nas oblewac. Nawet nasza Trzylatka to uwielbia. Potem jak zwykle wskoczylismy wszyscy troje do wanny pod golym niebiem. Co za rozkosz!!! Az szkoda nam opuszczac to miejsce i jego sympatyczne wlascicielki. Jutro jednak ruszamy na Koh Chang.

P.S. Przepraszam za brak polskich literek. Niestety komputer oodmowil w tej kwestii wspolpracy.